Ameryka moim okiem Nikaragua

Życie po życiu

13 lutego 2017

Emocje i nadzieje związane z utratą większej połowy naszego podróżniczego dobytku opadły. Od momentu opublikowania poprzedniego wpisu zdążyliśmy już dwa razy „zmienić” kraj. Jakoś to wszystko się więc toczy, jesteśmy nieco poturbowani, ale jedziemy dalej. Kilka rzeczy w naszym podróżowaniu zmieni się jednak na pewno.

Kradzież, maczeta, policja, pani Grażyna – to wszystko wydarzyło się naprawdę. Ledwie kilka dni temu. Byłem szczerzy zaskoczony i jeszcze szczerzej wzruszony liczbą reakcji na post dotyczący tej sprawy. Cóż, sprawdziła się stara dziennikarska prawda, że najlepiej sprzedają się seks, przemoc i narkotyki 😉 No, tutaj w zasadzie jedynie przemoc. Niedługo będziemy w Kolumbii, więc przekonamy się, jak ta maksyma działa się w przypadku narkotyków. Jeśli chodzi o seks to jeszcze zapytam Żony, ale chyba na razie nie zamierzamy nic takiego sprzedawać. 
W każdym razie serdecznie DZIĘKUJĘ za wszystkie reakcje, słowa otuchy i pocieszenia. Czytając je, uświadomiłem sobie, że nawet jeśli przez to nieszczęśliwe zdarzenie musielibyśmy wcześniej wracać do kraju, tragedii nie będzie, bo czekacie tam na nas Wy.
Ale jeszcze nie wracamy 🙂 Jak wspominałem, na pewno dotrzemy przynajmniej do Kolumbii, gdzie chcielibyśmy spędzić miesiąc (to i tak niewiele, biorąc pod uwagę wielkość kraju). Potem zobaczymy na co nadszarpnięty kradzieżą budżet pozwoli.

Urwany film

Jeśli chodzi o finał juigalpskiej afery – temat po prostu się urwał. Złodziej nie ma czasu spotkać się z policją, a ta nie chce być zbyt nachalna i zakłócać jego domowego miru. Pani Grażyna też przestała odpowiadać na nasze what’s-upowe zapytania, więc najwyraźniej w Juigalpie następuje wygaszanie sprawy. Oczywiście po naszej stronie wygląda to zupełnie inaczej i dla sportu raz dziennie wysyłamy zapytania, czy już udało się ten plecak znaleźć. Bo tak wierzymy w skuteczność nikaraguańskiej policji.
 
Po całym tym chujowym doświadczeniu czuję się trochę, jakby w naszą podróżniczą łajbę uderzył sztorm. Na początku był szok i niedowierzanie, potem szacowanie strat i łatanie dziur w kadłubie i cabezie (głowie). Okazuje się, że nie są aż tak duże, jak początkowo sądziłem. Trochę dryfujemy, łódź straciła kilka gwiazdek i nie jest już tak elegancka jak na starcie rejsu, ale na pewno nie tonie. Niespełna dwudniowy pobyt w San Jose uświadomił mi jednak, że trzeba zawinąć do większego (i tańszego niż SJ) portu, żeby uzupełnić braki w ekwipunku. Stolica Kostaryki zaskoczyła nas bowiem nie tylko swoim zorganizowaniem, wymalowanymi pasami i przystankami autobusowymi (kierowca zatrzymuje się tylko w wyznaczonych miejscach a nie wszędzie tam, gdzie zażyczy sobie pasażer? W Nikaragui czy Salwadorze science-fiction!), ale też temperaturą. Wieczorami było około 15 stopni. A ja przecież tylko krótkie spodenki i sandałowate Keeny. Ceny już taką niespodzianką nie były – miało być drogo i było. Dlatego kupno skarpetek i trampek odłożyłem przynajmniej do Panamy.

Jakim typem podróżnika jestem?

Przy okazji tej przymusowej wymiany garderoby przypomniała mi się rozmowa z Żoną sprzed kilku dni. Jechaliśmy gdzieś tam i po tym, jak skończyliśmy rundę jej ulubionej gry, tj. grę w pytania (jej autorskie dzieło), zaczęliśmy wymieniać się spostrzeżeniami na temat poznawanych w podróży osób. Wiadomo, każdego dnia tej wielkiej włóczęgi spotykamy ludzi z całego świata. Różnych jak różny jest świat, a jednocześnie podobnych jak najbardziej. Z grubsza można ich podzielić na kilka kategorii. Są zawodowcy, którzy sprawiają wrażenie jakby właśnie wydali trzy ostatnie pensje na zakupy w Sklepie Podróżnika. Mają oddychające koszulki, samobieżne buty trekkingowe i myślące kalesony. Niestraszne im żadne warunki pogodowe. To ludzie o twarzach północy. Są też tacy, co preferują mniej formalny styl. Luźne, kolorowe ciuchy z india shopu, dużo tatuaży, dużo piwa i dużo włosów. Takie bardziej być niż mieć. Jest też grupa, która stanowi dla mnie największą zagadkę – są w niej osoby, które niezależnie od pory dnia i czasu spędzonego w zatłoczonym chicken busie wyglądają, jakby właśnie wyszły spod prysznica i tak o, od niechcenia wrzuciły na siebie pierwszą z brzegu sukienkę czy koszulę. Zupełnie niewygniecioną i sprawiającą wrażenie pachnącej Cocolino (czy rzeczywistości tak jest, nie wiem, nigdy nie miałem odwagi powąchać). Jak oni to robią? Żelazko ze sobą wożą? Biorą prysznic na postojach? Ok, ale po co o tym wszystkim piszę. Zacząłem się bowiem zastanawiać, do której kategorii my się zaliczamy. Plecaki mamy zawodowe, ale już ciuchy w większości z h&m czy co tam w szafie było. Jakieś kiecki i koszule są, ale po 4 miesiącach kiszenia się na dnie tychże plecaków zazwyczaj rozkmina, czy większym wstydem jest wyjść na ulicę w nich czy w zgrzebnym worze. Niby mamy Keeny (konkretnie model Clearwater), którego z tego, co wiem są w podróżniczej ekstraklasie, ale tak naprawdę to chujostwo – ni to but, ni to sandał, non stop włażą ci do środka kamienie, a w dodatku śmierdzą, jakbyś tydzień syr nie mył. NIE KUPUJCIE TEGO GÓWNA. Ogólnie więc – tacy z nas podróżnicy, że ni przypiąć, ni przyłatać. No dobra, ale jak się sklasyfikować po bazarowych zakupach, którymi byłem zmuszony zastąpić to wszystko, z czym do Ameryki przyleciałem?
 
 
Wypasiony plecak Deutera zamienił się w worek Air Express, a Havaianasy w klapeczki marki Mobec. Reszta sprzętu przeszła póki co proces sublimacji i wyparowała. Majtasy wrzucam dlatego, że śmieszy mnie to, że Nikaraguańczycy są tacy mali, a w sklepach nawet najmniejszy rozmiar bokserek mógłby spokojnie robić za szorty.
 
Szkoda mi jest tego plecaka jeszcze z jednego powodu. Przez te cztery miesiące podróżowania wyrobiłem sobie świetny system pakowania. Naprawdę DOSKONAŁY. Każdy najdrobniejszy nawet przedmiot miał swoje miejsce w plecakowym ekosystemie, dzięki czemu bez problemu byłem w stanie ogarnąć się w nim w kilka minut, w mgnieniu oka zlokalizować szukaną rzecz. Na tle Żony, która już w Meksyku zdążyła zgubić/wyrzucić buty, bluzę, okulary czy skarpetki, a znalezienie czegoś konkretnego w jej plecaku zazwyczaj wymaga opróżnienia go w całości czułem się jak Niemiec w szwajcarskim zegarku. I nie omieszkiwałem średnio raz na tydzień wykładać jej zalet mojego systemu. Teraz ja nie mam plecaka, a ona nie będzie miała darmowych wykładów. Ech, wszyscy na tej stracie jesteśmy stratni.
 
No dobra, temat kradzieży w Ameryce Środkowej jest na pewno bardzo płodny, ale jak zaczynam pisać o majtasach to włącza mi się lampka, że czas zejść z tej sceny, więc w kolejnych tekstach wracam do nudnego opisywania, jak nam tu dobrze 🙂
 
Besos dla Was, celuvki za Vas!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz