Ameryka moim okiem Peru

Zwiedzanie Świętej Doliny Inków bez boleto turistico

25 maja 2017

Machu Picchu to ruiny ruin, crème de la crème wypadu do Peru, perła w backpackerskiej koronie. Bazą wypadową do zaginionego miasta Inków jest oddalone o 112 km Cusco, same w sobie będące pierwszorzędną atrakcją dla każdego szanującego się turysty. Ale stolica dawnego imperium i obszar wokół niego to zdecydowanie więcej niż tylko Machu Picchu. I jeśli tylko terminarz naszej wycieczki do Peru na to pozwala, zdecydowanie warto wykroić przynajmniej dwa dni na eksplorowanie Świętej Doliny Inków.

I teraz kolejne „ale”: odwiedzenie najbardziej znanych i imponujących pozostałości kultury Inków wiąże się ze sporymi kosztami. Aby zobaczyć z bliska ruiny w Pisac czy Ollantaytambo trzeba kupić tzw. boleto turistico

Boleto turistico to wejściówka upoważniająca do wstępu do większości poinkaskich ruin w Dolinie Inków oraz pięciu kościołów w Cusco.

Koszt pełnego, ważnego 10 dniboleto turistico dla zagranicznego turysty to  130 soli (ok. 150 zł). Studenci z ważną legitymacją zapłacą mniej – 70 soli (ok. 80 zł).

Jeśli nie chcesz oglądać wszystkich atrakcji – bo zwyczajnie nie kręcą cię symetrycznie poukładane kamienie albo jeszcze bardziej zwyczajnie nie masz czasu – lepszą opcją będzie bilet częściowy (boleto parcial). Ruiny i muzea, których obejrzenie umożliwia pełne boleto, są podzielone na 3 grupy. Wejściówka obejmująca jedną grupę kosztuje S/. 70. Boleto parcial na zestaw atrakcji nr 1 jest ważny jeden dzień, na zestawy nr 2 i 3 – dwa dni. Poniżej podaję rozpiskę, co wchodzi w skład każdego z nich. Pełne boleto turistico obejmuje WSZYSTKIE wymienione atrakcje.

Zestaw 1

– Saqsaywaman
– Qenqo
– Pukapukara
– Tambomachay

Zestaw 2

– Museo de Arte Popular
– Museo de Sitio del Qoricancha (samo muzeum)
– Museo Historico Regional
– Museo de Arte Contemporaneo
– Monumento a Pachacuteq
– Centro Qosqo de Arte Nativo
– Pikillacta
– Tipon

Zestaw 3 (Święta Dolina)

– Pisac
– Ollantaytambo
– Chinchero
– Moray

Boleto nie obejmuje następujących cudów Cusco i Świętej Doliny: Machu Picchu, pakiet świątynny (the Religious Circuit), kopalni soli w Maras, Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej, Inka Muzeum, kompleks świątynny Qoricancha oraz Casa Concha museum. W zakres tak pełnego, jak i częściowych boleto nie wchodzi też transport i przewodnik – do, odpowiednio, S/. 130 lub S/. 70 dochodzą więc dodatkowe koszty.

Za sprzedaż Boleto Turístico odpowiada Comite de Servicios Integrados Turistico Culturales Cusco (COSITUC). Można je kupić w biurze COSITUC i informacji turystycznej na Avenidzie El Sol 103 w Cusco oraz u wybranych, autoryzowanych tour operatorów. Boleto dostaniesz też „na bramkach” największych stanowisk archeologicznych.

Ok, czyli wiesz już wszystko na temat boleto i możesz przeanalizować plusy i minusy jego zakupu. Nam w kociołku, do którego wrzuciliśmy nasz czas, budżet, zamiłowanie do odwiedzania ruin i kościołów oraz naturę Polaczka-kombinatora, uwarzyła się klarowna decyzja: NIE KUPUJEMY. Mimo to w Świętej Dolinie spędziliśmy niemal tydzień napakowany atrakcjami i aktywnościami tak bardzo jak bułgarski kebab frytkami. Oto nasz przepis na zwiedzanie Cusco i okolic bez boleto turistico.

Pisac

Z pięknego, ale jednak na dłuższą metę nieco męczącego, Cusco udaliśmy się do Pisaca – niewielkiej wioski, położonej 30 km dalej. Pueblo znane jest przede wszystkim z jednych z najbardziej imponujących w Świętej Dolinie poinkaskich ruin, położonych 10 km od niego. Jeśli nie masz dobrej kondycji i nie chcesz wybrać się tam na własnych nogach, będzie ci więc potrzebny prywatny transport lub zorganizowana wycieczka. Oraz boleto turistico. Czyli wiadomo – nie byłem, więc nie wypowiadam się, czy warto, czy nie warto.

Mniej więcej w połowie drogi z Cusco do Pisaca znajduje się Santuario Animal de Cochahuasi – lecznica dla dzikich zwierząt uratowanych z okolicznych cyrków, hosteli i innych prywatnych „kolekcji”. Jeśli chcesz zobaczyć na żywo papugi, pumy, kondory, tukany czy różne gatunki małp, a jednocześnie nie stać cię na wykupienie wycieczki do położonego w Amazonii parku Manu (to koszt rzędu minimum 300$, którego obejść się nie da, bo na własną rękę nie sposób tam się dostać), to Sanktuarium jest dobrym rozwiązaniem (choć oczywiście trudno porównać dziki rezerwat przyrody do zbioru klatek). Koszt wstępu to S/. 10. W cenie zawiera się przewodnik, które w +/- pół godziny opowie ci historie poszczególnych zwierzaków.

A Pisac sam w sobie? Spodobał mi się umiarkowanie. A w zasadzie w ogóle. Jego dominującym elementem jest bazar z arteseniami, czyli tymi wszystkimi swetrami, szalikami i czapkami, które można było spotkać na każdym kroku już w Cusco. Ciągnie się przez kilka ulic i zajmuje połowę głównego placu (druga jest zarezerwowana na parking dla autobusów z turystami zjeżdżających tutaj od samego rano). Przesłania nawet kościół, w każdym innym mieście Ameryki Łacińskiej, które odwiedziliśmy, będący centralnym punktem przestrzeni miejskiej (lub wiejskiej). Zatrzymaliśmy się tu na jedną noc. W ciągu dnia wybraliśmy na krótki spacer wzdłuż rzeki Urubamby i podziwialiśmy górujące nad Pisakiem Andy.


Praktyczne:

  • Collectivos z Cusco do Pisac odjeżdżają z dworca przy Av. Tullumayo 207 (15 minut spacerem od dzielnicy San Blas).
  • Nie ma stałych godzin odjazdów – busik wyrusza, gdy się zapełni.
  • Za bilet z Cusco do Sanktuarium zapłaciliśmy S/. 4 od osoby (do Pisaca kosztowałby nas sola więcej). Z lecznicy do Pisaca dojechaliśmy stopem.
  • W Pisacu zatrzymaliśmy się w hospedaje Chihuanco przy głównej Avenidzie Amazonas. Mieliśmy osobny pokój ze współdzieloną łazienką i pięknym widokiem na Urubambę. Koszt to S/. 40 za noc (za pokój). Za dodatkowe S/. 5 dziennie można korzystać z kuchni.
  • Dwudaniowe almuerzo (zupa i drugie) na mercado w Pisacu to koszt S/. 10. W cenie napój.
  • Bardzo dobre, także wegetariańskie, jedzenie serwuje restauracja Urlich, położona tuż obok głównego placu. Za pizzę, burgera i piwo zapłaciliśmy S/. 50.
  • Wioska jest znana również z organizowanych tutaj i w bliskiej okolicy ceremonii Ayahuaski i San Pedro.

Urubamba

Czyli nasze wielkie odkrycie w Świętej Dolinie Inków. Mieliśmy tu zostać jedną noc, a kolejne, dzielące nas od wyprawy na Machu Picchu, spędzić w o wiele bardziej znanym i polecanym Ollantaytambo. Ostatecznie zatrzymaliśmy się tu jednak aż na 5 dni (plus dwa po powrocie z zaginionego miasta Inków).

Nasze zakochanie w Urubambie to w dużej mierze zasługa hostelu, w którym się zatrzymaliśmy. Bez cienia przesady napiszę, że B&B Vaclava to jedno z najlepszych (jeśli nie najlepsze) miejsce, w którym przez te 8 miesięcy podróżowania mieszkaliśmy. Prowadzone przez peruwiańską rodzinę, które przez wiele lat żyła w Mediolanie, ultraczyste, z przestronnymi, pokojami, wygodnymi łóżkami, szybkim internetem, świetnie wyposażoną kuchnią, suszarkami w łazienkach (co już zupełnie podbiło serce Żony) i olbrzymim tarasem na dachu, skąd rozciąga się piękny widok na całe miasto. Mało? Obok hostelu znajduje się niewielka restauracja, gdzie można zjeść wliczone w cenę pobytu (jedyne S/. 50 za pokój!) śniadanie z PYSZNĄ, prawdziwą kawą, a wieczorem (od. godz. 18) jedną z najlepszych pizz, jaką jadłem w życiu. Jeśli dodam do tego, że właściciele są przesympatyczni, niezwykle pomocni (od nich uzyskaliśmy większość rad, co warto zwiedzić w okolicy, nie rozbijając przy tym naszych świnek-skarbonek) i za darmo (!) można od nich pożyczyć rowery, no to już chyba sami rozumiecie, że nawet cynowy żołnierz bez serca (ten od Czarnoksiężnika z Krainy Oz) zakochałby się w tym miejscu bez reszty.

Osobną historią jest sama Urubamba. Miasto o wiele większe niż Pisac czy tym bardziej Ollantaytambo, o którym za chwilę. Nie znajdziesz o niej zbyt wiele informacji w przewodnikach Lonely Planet czy na podróżniczych blogach. Nie ma zbyt imponujących inkaskich ruin, mercado z artesaniami czy wąskich, krętych uliczek. Ma za to własne życie, które nie kręci się wokół turystycznego biznesu, zupełnie zwyczajny plac główny z pomnikiem kukurydzianej kolby na środku i centralne położenie w Świętej Dolinie, które czyni ją świetną bazą wypadową do eksploracji okolicznych atrakcji.


Praktyczne:

  • Za colletivo z Pisaca do Urubamby zapłaciliśmy po 4 sole od osoby.
  • B&B Vaclava mieści się przy ulicy Jirón Palacio 165, kilka przecznic od urubambskiej Plazy de Armas.
  • Za noc w prywatnym pokoju (z dwoma łóżkami – podwójnym i pojedynczym) ze współdzieloną łazienką (innej opcji nie ma) i śniadaniem zapłaciliśmy S/. 50.
  • Idąc w górę Avenidy Mariscal Castilla, można dojść do pięknie położonych pozostałości pałacu Huayna Capac (same pozostałości już tak piękne nie są) oraz miejskiego, bardzo malowniczego, cmentarza.

Maras

Mniej więcej 16 km od Urubamby czeka na ciebie czynna „fabryka” soli w Maras, którą można zwiedzać bez boleto turistico. Wstęp na jej teren kosztuje S/. 10. Dziesiątki śnieżnobiałych solnych kwadratów położonych na zboczu góry czynią kopalnię niezwykle fotogeniczną atrakcją.

16 km od salin Maras znajdują się słynne tarasy w Moray, które były dla Inków swoistym laboratorium uprawy roślin. To atrakcja objęta boleto, ale – zgodnie z informacją, którą dostaliśmy od Jorge, naszego hosta w Urubambie – powyżej tarasów znajduje się punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama na inkaskie labo. Dostać się do tego miradora z Maras można albo stopem, albo pieszo (ok. 8 km). Nam nie starczyło czasu i zapału, żeby sprawdzić wiarygodność tej informacji, niemniej nie mam powodów, by Jorge nie wierzyć, dlatego podaję tutaj taką opcję.


Praktyczne:

  • Żeby dostać się z Urubamby do Maras wsiedliśmy w collectivo jadące w kierunku Chinchero (zatrzymują się na ulicy Ferrocarril, u wylotu Avenidy Mariscal Castilla) i poprosiliśmy kierowcę, żeby wysadził nas przy skręcie do Maras (po ok. 10 km i 20 min. jazdy). Za collectivo zapłaciliśmy S/. 2 od osoby.
  • Od rozwidlenia dróg do miasteczka Maras jest jakieś 6 km. W około połowie drogi zatrzymało się przy nas wiekowe Tico, którego kierowca zaoferował podwózkę do drogi prowadzącej do salin za S/. 1 od osoby. Skorzystaliśmy, co było niegłupią decyzją, bo druga część trasy wiodła pod górę – udało nam się zaoszczędzić sporo sił.
  • Jeśli przy tym znaku:
    skręcisz w prawo, to też dojdziesz do kopalni, ale dłuższą i bardziej krętą drogą dla samochodów.
  • Jeśli pójdziesz dalej prosto w kierunku miasteczka Maras, dojdziesz do tego znaku:
    Teraz należy podążyć w prawo za tą wskazówkę. Czeka cię kilkukilometrowy spacer w więcej niż malowniczych okolicznościach przyrody. Droga będzie się kilka razy rozwidlać, a w końcowej fazie wieść dość znacząco w dół doliny; ważne żeby trzymać się lewej strony – do momentu, gdy dotrzesz do wejścia do kopalni. Tu, za S/. 10, będziesz mógł kupić bilet wstępu.
  • Po skończonym zwiedzaniu i kupnie pamiątki w postaci torebki soli z Maras (zależnie od wielkości, od 1 do 10… soli :), nie wracaj się do punktu wyjścia, tylko kontynuuj swój spacer wzdłuż solnych kwadratów. W ten sposób wyjedziesz z kopalni drugą stroną. Idź niestrudzenie wzdłuż głównej drogi. Po ok. godzinie dotrzesz do drewnianego mostu, a po kolejnych 15 minutach – do szosy prowadzącej z Ollantaytambo do Urubamby. Bez problemu złapiesz tu collectivo do swojej uru-bazy wypadowej (koszt – S/. 1).

Ollantaytambo

To chyba najbardziej znane i popularne wśród turystów pubelito w Świętej Dolinie. Dla wielu stanowi bazę wypadową do Machu Picchu, znajduje się tu bowiem stacja kolejowa, skąd za 31$ można dojechać do Aguas Calientes – wioski u podnóży zaginionego miasta Inków.

Ale Ollanta, jak w skrócie określa się Ollantaytambo, znane jest przede wszystkim z – a jakże! – poinkaskich ruin. W przeciwieństwie do chociażby tych z Pisac tutaj są one w zasadzie częścią miasteczka i nie sposób ich nie zauważyć, wysiadając z collectivo na głównym placyku. Górują majestatycznie nad Ollanta, uświadamiając przyjezdnym geniusz inkaskich architektów. Objęte są rzecz jasna boleto turistico i bez niego obejrzeć z bliska się ich nie da, ale… Ollanta otoczone jest wzniesieniami ze wszystkich stron. Na Pinkuylluna, wzgórzu przeciwległym do tego ze słynnymi ruinami, znajdują się ruiny (czy, zachowując proporcje, ruinki) nieco mniej spektakularne, ale za to – bezpłatne. Dodatkowo z Pinkuylluna rozpościera się piękny widok na całe Ollanta (osoby z bardziej wybujałą wyobraźnią dostrzegą, że miasto ma kształt lamy), a także na leżące po przeciwnej stronie ruiny. Wystarczy 15-20 minut wspinania się po dość stromych kamiennych schodach.

Są tacy, którzy zatrzymują się w Ollanta na kilka dni. Mojego serca miasteczko nie skradło – przede wszystkim dlatego, że wszystko w nim kręci się wokół ruin i turystycznego biznesu. Ale z pewnością warto wpaść tu przynajmniej kilka godzin, żeby pospacerować wąziutkimi uliczkami wolnymi od ruchu samochodowego i podziwiać budynki z czasów kolonialnych wzniesione na starych, inkaskich murach.


Praktyczne:

  • Collectivo z Urubamby do Ollantaytambo odjeżdżają z dworca w Urubambie (przy ul. Ferrocarril).
  • Ollanta oddalone jest od Urubamby o ok. 20 min. jazdy. Bilet nie powinien kosztować więcej niż S/. 1,5.
  • Wejście na wzgórze Pinkuylluna znajduje się na Calle Lares, dwie kwadry w prawo od głównego placu.
  • Jeśli chcecie zjeść posiłek w rozsądnej cenie, uderzajcie na mercado. Ta rada sprawdzi się zresztą w każdym mieście, ale nigdzie nie jest tak praktyczna jak w turystycznych miejscowościach, gdzie za byle danie w byle knajpie płaci się krocie.

Chinchero

Chinchero nie jest jedynie punktem orientacyjnym na drodze do solnego królestwa Maras. To także miasteczko z imponującymi, a przez to obiętymi rzecz jasna boleto turistico, inkaskami RUINAMI. W zasadzie objęte są nim nie tylko ruiny, ale też najstarsza, a przez to najbardziej atrakcyjna dla oka i obiektywu część Chinchero. Jest jednak pewien sposób, aby je (ruiny i „starówkę”) obejrzeć, nie wydając przy tym nawet 70 soli na boleto parcial.

Do kolonialnej części Chinchero i znajdujących się obok pozostałości inkaskich budowli prowadzą dwie drogi. Jedna znajduje się bliżej Plazy de Armas, druga bardziej po lewej, nieopodal mercado artesenial. Przy pierwszej będą na ciebie czekać strażnicy, którzy od razu zażądają okazania boleto. Powiedz im wtedy, że idziesz do Urquillos – niewielkiej wioski położonej o 8 km od Chinchero. Wtedy powinni ci wskazać drugą drogę (tę przy mercado). Tam nie spotkaliśmy już żadnych strażników. Bez problemu mogliśmy wejść do miasta i ruin i cieszyć się takimi widokami:

W naszym przypadku manewr (polecony przez nieocenionego Jorge) kłamstwem był tylko połowicznym. Po zwiedzeniu ruin naprawdę skierowaliśmy się bowiem w stronę rzeczonego Urquillos. Na początku trzeba zejść zbudowanymi przez Inków kamiennymi tarasami i kierować się w prawą stronę. Trasa do Urquillos jest o tyle przyjemna, że nieustannie wiedzie w dół. Momentami dość gwałtownie, co może być męcząca dla co słabszych kolan, ale piękne, pocztówkowe widoki wynagradzają wszelkie niedogodności.

Po jakichś 2-3 godzinach jest się w Urquillos. W tym przypadku jak rzadko sprawdza się porzekadło, że liczy się droga a nie cel. Trochę zaskoczyło nas to, że w wiosce nigdzie nie dało zjeść się nawet najbardziej podstawowego almuerzo. Na szczęście już kilkaset metrów dalej, po przekroczeniu tego drewnianego mostu:

i dotarciu do szosy prowadzącej do Urubamby trafiliśmy do niezwykle sympatycznych pań, u których za 6 soli zjedliśmy pyszny dwudaniowy posiłek. Potem już tylko collectivo za S/. 1 i jesteśmy w domu.

To oczywiście nie wszystkie atrakcje, które czekają w Świętej Dolinie Inków. Pomniejsze ruiny znajdują się w zasadzie w każdej leżącej w niej wiosce. W Lares czy położonej bardziej w kierunku Machu Picchu Santa Teresie można zakosztować kąpieli w gorących źródłach. Do tego dochodzi niezliczona ilość mniej lub bardziej wymagających tras trekkingowych i punktów widokowych. Wszystko jest więc kwestią chęci i czasu, jakim dysponujemy. Nam 5 dni wystarczyło, żeby Valle de Sagrada się nasycić i docenić jej piękno i różnorodność. Poza tym, dłużej nie dało się odwlekać inkaskiej wisienki na torcie. Kolejny, zapewne również ultrapraktyczny, wpis już ze szczytu Machu Picchu. CRAZYYY level hard!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz