Ameryka moim okiem Meksyk

Wszystkie odcienie śmierci

4 listopada 2016

Bondowska parada z okazji Dia de los muertos w CDMX była oczywiście tylko preludium do PRAWDZIWYCH obchodów tego chyba najważniejszego dla Meksykanów święta w roku. Ot, folklorystyczna ciekawostka, którą warto było zobaczyć, by przekonać się, jak wygląda wymyślanie i komercjalizowanie tradycji w praktyce i jak ogromną siłę rażenia dla lokalnych kultur ma amerykański przemysł kinematograficzny.

Fajnie, że to żenujące w gruncie rzeczy przedstawienie, które pewnie niejednego mieszkańca Mexico City nieźle wkurwiło z racji totalnego paraliżu centrum miasta, odbywało się 29.10 – można było je zobaczyć i nie tracić przy tym okazji na przeżycie/zobaczenie głównych obchodów Dnia Zmarłych, które przypadają na noc z 1 na 2 listopada. Sporo na temat się człowiek naczytał – że ważne, że całą noc spędza się na cmentarzu, że kolorowo przystrojone groby, że fiesta, że tequila się leje, że jedzenie z marmurów… Żona od początku miała taki koncept, żeby w tę noc wybrać się do jakiejś mniejszej miejscowości, odwiedzić miejscowy cmentarz i liczyć na fuksowe zaproszenie do jakiejś lokalnej rodziny. Czyli ok, pierwszy krok w kierunku realizacji tego planu – wydostać się z tego zawszonego Mexico City (sorry cię CDMX, ale żeś mnie rozczarowało i prędko negatyw na ciebie mnie nie minie). Wymyśliliśmy sobie, że pojedziemy na południe, do Oaxaki (ŁA-CHA-KI), bo to i mniejsze, i cieplejsze, a przede wszystkim TRADYCYJNE. A potem się zobaczy. W sensie: YOLO.

W ciemno, tj. bez wiedzy, o której mamy autobus, pojechaliśmy na dworzec autobusowy TAPO, znajdujący się przy stacji metra San Lazaro. I pierwsza kłoda – autobus do Oaxaki za 6 godzin. A JA MAM CIĘ JUŻ DOŚĆ, CIUDADZIE! No to szybka zmiana i tak lichego planu i siup – jestem w autobusie do Puebli – czwartego pod względem wielkości miasta Meksyku, oddalonego od deefe o jakieś 1,5 ha jazdy autobusem (bilet: 156 M$ od osoby). Parę osób jakoś tam mnie to miasto polecało, że ładne itd. Dobra, w drogę, byle dalej od CDMX.

Z dworca do historycznego centrum Pubeli dostałem się dwoma autobusami miejskimi (7 M$ od osoby). Miałem namiar na hostel 202 (Av 3 Pte 305, 27 zł za łóżko) i w jego kierunku zmierzałem, po drodze obczajając, czy nic tańszego się nie trafi.

To było jak na razie jedno z bardziej kreatywnych poszukiwań miejsca docelowego w tej podróży – hostelu w Puebli szukaliśmy przy użyciu screenów Google Mapy z Oaxaki. Autochtonom, których Żona pytała o drogę, parę rzeczy się w tym koncepcie nie zgadzało, ale generalnie stawali na głowie, by siatkę ulic z innego miasta dopasować do swojej Puebli.

Nie trafiło, więc stanęło na jednej nocy w hostelu 202, następną mieliśmy spędzić w Atlixco – miasteczku (ok. 125 tys.) oddalonym od Puebli o jakieś 30 km. Podobno mniejsze i bardziej TRADYCYJNE.

Puebla okazała się rzeczywiście ładna. Pierdyliard kościołów, ładnie zachowane budynki, czyste, przecinające się pod kątem prostym ulice (ktoś uznał, że klawo będzie nazwać je numerkami i pozmieniał tradycyjne nazwy na takie typu „22 północna”, „12 zachodnia”, „13 południowa” itd.). Wszystko ładne do porzygu. Jak dla mnie casus Starówki w Warszawie – fajnie to wszystko wygląda, miło tutaj pół godziny pospacerować, ale na dłuższą metą – nie do życia. Z jednej strony mnóstwo turystów, z drugiej – po 20 trudno znaleźć otwarty bar, żeby usiąść sobie na piwko, o jakichś większych atrakcjach typu muzyka na żywo, nie wspominając. Nuda, że idź pan w chuj, NIE POLECAM.

Myśl, że spędzę tu tylko jedną noc i pół dnia nie spędzała mi więc snu z powiek. Jako że transport do tego miasta, co jego nazwę trudno wymówić, mieliśmy umówiony na 19:30 (okazało się, że w Meksyku działa bla bla car – za podwózkę do Atlixco pan Javier zażyczył sobie jedyne 9 zł od osoby, więc gitara), no to po żenującym śniadaniu w hostelu (wydzielane tosty z marmoladą, która chyba na oczy nie widziała owoców, z których była robiona + lurowata kawa oraz możliwość szlifowania swojego hiszpańskiego: „przepraszam, czy mogę prosić o nóz?”, „przepraszam, a talerz?”, „przepraszam, jakieś serwetki?”) wybrałem się jeszcze do pobliskich ruin w Choluli.

Cholula słynie przede wszystkim z kościoła (wiadomo), który pan Cortez, jeden z większych przechujów, jakich nasza ziemia nosiła, kazał zbudować na resztkach dawnej indiańskiej świątyni – żeby pokazać, którego boga racja jest teraz na wierzchu. Teoretycznie to część Puebli, a de facto osobne miasteczko z własnym, miłym dla oka i ucha z prawdziwym, nie udawanym jak w Puebli, życiem.

Cholula

Można się do niej dostać autobusem miejskim, który rusza ze stacji niedaleko największego w centrum mercado (ul 6 Pte 1110, bilet – 7 M$)). W drodze powrotnej Żona klasycznie co 5 minut pytała któregoś ze współpasażerów o drogę i czy już trzeba wysiadać. Jednym z takich drogowskazów były 3 licealistki (jak się potem okazało – studentki pielęgniarstwa). Jedno niewinne pytanie, a konsekwencje siężne dalej niż z Meksyku do Warszawy…

Suma wszystkich strachów

Złapać Pana Boga za nogi – na pewno kojarzycie to powiedzonko. Bliski zrozumienia jego sensu (a Żona jeszcze bardziej) byłem, gdy okazało się, że w wyniku nadmiernej uprzejmości studentek (szczególnie dwóch z nich – bliźniaczek Rosario i Rosario) nie zdążymy na umówioną bla bla godzinę. Dziewczyny najpierw zaprowadziły nas na TRADYCYJNE meksykańskie buły z serem i mięsem, zasypując przy okazji gradem pytań o WSZYSTKO, a potem zaoferowały samochód swojej mamy w roli taksówki do miejsca, gdzie mieliśmy spotkać się z naszym driverem. Wszystko trwało jednak na tyle długo, że NARA, nie ma szans wyrobić się na 19:30 i trzeba zostać w Puebli. Meksykańska rodzina zaoferowała więc swój dom i zaprosiła na wspólne celebrowanie Dia de los muertos. Panie Boże, a więc tak wyglądają twoje kostki.

8-osobowa rodzina mieszkała znaczny kawałek od centrum, w dzielnicy raczej przypominającej wioskę niż część 2-milionowego miasta. Zaoferowali nam osobny pokój i nie pozwolili płacić nawet za głupią wodę. Gość jest gość. Serca mnie się rozpływało z wdzięczności, a mózg gotował niemożliwości jej wyrażenia po hiszpańsku. Następnego dnia mieliśmy celebrować jedno z najważniejszych meksykańskich świąt wśród PRAWDZIWYCH Meksykanów. Wspólnie dekorować ofrendę, czyli taki ołtarzyk ku czci zmarłych, wspominać bliskich, którzy już odeszli (poprosiłem nawet brata o przesłanie zdjęć dziadków, żebym mógł je na takim ołtarzyku położyć), a wieczorem iść na cmentarz, biesiadować i dumać do rana.

I wtedy Pan Bóg się odwrócił i okazało się, że to żaden Stwórca, a zwykły Mirek, który właśnie idzie na zakupy do Biedronki we Włocławku.

Ofrenda nawet się zgadzała – akurat zdążyłem wziąć rano prysznic i już była gotowa. No trudno, gapowe, trzeba było się nie myć, to może bym w tej tradycji partycypował. Co prawda żadnego zdjęcia na niej nie widziałem, ale to pewnie później. W końcu się nie znam. Ale już to, że na cmentarzu, na który wybraliśmy się tuż po śniadaniu, spędziliśmy jakieś 10 minut, wydało mi się lekko dziwne. Nasi gospodarze nawet się przy grobie dziadka nie przeżegnali. Okazało się jednak, że prawdziwy sens tego dnia to nie jakieś tam ołtarzyki czy cmentarze, ale:

  • wycieczka po centrum handlowym (!),
  • odwiedziny MUZEUM BAROKU (!!),
  • wypad do kina na „Doctora Strange” (po hiszpańsku !!!)
  • zakupy w Walmarcie (gdzie głowa rodziny opowiadała nam o warzywach i owocach, jakie tu mają – np. o marchewkach czy cebuli !!!!).

Z cmentarnej biesiady na koniec dnia wyszły dwa tacosy z serem z Walmartu w domu, kubek słodkiej nalewki i spanko o 22. Mirek, przestań mnie tak kopać!

Z tego dnia zapamiętam też podróż z kina do domu naszej rodziny – jak się okazało w starym, osobowym Chevrolecie bez większego problemu jest się w stanie zmieścić 8-osobowa meksykańska rodzina i para globtroterów z Polski. YOLO.

Nie chcę zabrzmieć jak niewdzięcznik. Rodzina, a szczególnie te zwariowane bliźniaczki, była absolutnie wspaniała. Ale z całą do niej miłością i wdzięcznością za okazaną mi dobroć, gościnę i pomoc, 7 sal w MUZEUM BAROKU? Serio?! Dobra, jakby nie było, to na pewno było to bardzo ciekawe doświadczenie. Człowiek naczytał się za dużo National Geographic i naoglądał programów z Cejrowskim czy innym makłowiczem, a tymczasem w ten sposób Dia de muertos świętowała pewnie co 3 meksykańska rodzina.

 

Oaxaca, jak ty mnie zaimponowałaś w tym momencie

Gościnność i liczba atrakcji, które byli mi gotowi zaoferować gospodarze nieco mnie onieśmielała, więc zależało mi, żeby następnego dnia JAK NAJSZYBCIEJ SIĘ STAMTĄD WYDOSTAĆ. Ostatnią przysługą pana Juana i jego Chevroleta była więc podwózka na stację CAPU, gdzie o 12 odjeżdżał autobus do Oaxaki (382 M$ od osoby, linie AU). 300 zdjęć na pożegnanie i już mogłem rozkoszować się myślą o dniach bez baroku i pytań o ulubiony kolor czy rodzaj keczapu.

Oaxaca – niecałe 300 tys. mieszkańców. Malowniczo położona w górach Sierra Madre Płd. Słynie z wyśmienitego jedzenia i oczywiście kultywowania prawdziwie meksykańskich TRADYCJI.

Jako że przez dwa wcześniejsze dni, dzięki gościnności mojej meksykańskiej familii, wydałem tylko 100 M$ na dwa bilety do Muzeum Baroku, w Oaxace pierwszą noc postanowiłem spędzić na bogato, w osobnym pokoju w hotelu Azucena (78 zł za noc). Przyjechałem tu już bez żadnych oczekiwań – pogodzony z myślą, że cała celebra z okazji Dia de los muertos za mną, chciałem po prostu odpocząć, wieczorem wyjść na zocalo, napić się piwka, zjeść trochę pieczonych koników polnych i pobyć tylko ze sobą i Żoną.

Wychodzę z hotelu, a tu ŁUP-JEB-ŁUBUDU! Przez naszą ulicę idzie parada z okazji… Dia de los muertos. Dokładanie taka jak sobie wyobrażałem, że ma być: kolorowa, naturalna, niekontrolowana przez policję, z muzyką na żywo, pijanymi, poprzebieranymi ludźmi, którzy dosłownie wciągnęli mnie do środka i zaprosili do wspólnej zabawy. Nikt nie musiał zamykać ulic i wstrzymywać ruchu, wszystko regulowało się automatycznie, a kolorowy korowód swoim rytmem zmierzał na zocalo, gdzie tańce i hulanki trwały dobrą godziną, a potem ruszyły dalej w miasto, aż do finału na mercado nieopodal centrum. Pokochałem Oxakę od pierwszego wejrzenia i trwam w tym uczuciu do teraz.

xxx

Nie wiem, czy któreś z trzech oblicz Dia de los muertos, które miałem okazję zobaczyć, jest bardziej TRADYCYJNE od pozostałych. Wszystkie były z pewnością tak samo prawdziwe i tak samo naładowane emocjami i Meksykiem. Bo pewnie tak jak olbrzymi jest ten kraj, tak różnorodne może być podejście do tego, co określa się jako „meksykańskość”. ALBO NIE. W każdym razie bądź postaram się z tych wszystkich obchodów Dnia Zmarłych wyciągnąć lekcję taką, żeby w tej podróży już nigdy na nic się specjalnie nie nastawiać oraz by zawsze pytać ludzi, którzy zapraszają cię do domu, czy lubią barok.

dia_3

3 oblicza Dia de los muertos

Besos dla Was, celuvki za Oaxakę!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz