Ameryka moim okiem Peru

Pochwała powolności, czyli trzy tygodnie w przedsionku Peru

1 maja 2017

Na wstępie muszę zaznaczyć, że tak, też zastanawiam się, czy „przedsionek” to przodek Mariusza Sionka. I to jest jedna z wielu zagadek, nad którymi przyszło mi głowić się przez pierwsze trzy tygodnie w Peru – kraju tak niezwykłym, jak malowane wrota, na które gapi się przysłowiowe cielę. A tak się złożyło, że czego jak czego, ale czasu na przemyślenia i rozkminy na początku kwietnia mi nie brakowało.

Miasto Palenque w Meksyku, Coban w Gwatemali, Santa Ana w Salwadorze, El Rama, Esteli czy Juigalpa w Nikaragui – co łączy te wszystkie miejsca? Ano to, że spędziliśmy w nich zdecydowanie więcej czasu, niż byśmy sobie życzyli. Bo autobus dalej nie jechał, bo po 16 godzinach w drodze trzeba było zrobić sobie przerwę, bo jakiś chuj zajebał ci plecak… Miasta-bazary, miasta-śmietniska, miasta-dupy świata. Nawet przez sekundę nie masz pokusy, żeby wyciągnąć aparat i zrobić sobie pamiątkę z tego miejsca. Bo chcesz ten pobyt jak najszybciej wymazać z pamięci. Przenocować, zrobić pranie, zjeść śniadanie i ruszać dalej – tam, gdzie wojażer chodzi po ulicy z „WOW” na ustach. Ale takie długie tułanie się po świecie to siłą rzeczy nie tylko karaibskie plaże, ale też miejsca, gdzie największą atrakcją jest średniej urody kościół. Albo i nawet to nie.

I dopływamy do tego Iquitos, pierwszego przystanku w Peru, o którym nie usłyszałem przez 6 miesięcy podróżowania złego słowa, i co? Może nie dupa, ale ul już na pewno. Po mieście od wczesnych godzin rannych do późnej nocy przewalają się tabuny bzyczących mototaksówek. To w końcu największe na świecie miasto, do którego nie da się dotrzeć drogą lądową, więc ludziom niespecjalnie opłaca się mieć samochód. Czyli bzzzzzzyczymy na całego.

Ale w Iquitos jest coś bardziej drażniącego niż dźwięk ryczących trójkołowych motorynek. Od lat ściągają tu turyści chcący odwiedzić dziką Amazonię w poszukiwaniu albo dzikich zwierząt, albo dzikich wrażeń, płynących z zażywania różnorakich indiańskich roślin, jak ayahuasca czy san pedro. Idąc bulwarami (całkiem ładnymi,) z których rozciąga się fantastyczny widok na Królową Rzek, narażasz się więc na nieustanne nagabywanie ze strony tour operatorów albo różnej maści szamanów, oferujących ci swoje usługi. Po godzinie takiej przyjemności ryczące motorynki zdają się brzmieć równie sympatycznie co dźwięki kolęd w wykonaniu Golec uOrkiestry (no co? me gusta).

A przecież plan jest taki, żeby zrobić sobie w tym podróżowaniu pauzę. Bo to jednak już długo fchuj, bo zaraz święta, bo tęsknoty większe niż liczba nieśmiesznych żartów na moim koncie, bo w końcu tyle się w tej podróży dzieje, że nie starcza czasu na to szukanie siebie, co miało być przecież gwoździem całej wycieczki. I jak to robić w mieście, gdzie tyle bzyczenia nad głową?

No nie da się. Czyli co? Lecimy dalej, wgłąb Peru, wgłąb Amazonii. Dosłownie, bo z dwóch opcji wydostania się z Iquitos – 5-dniowego rejsu na mniejszej wersji statku, którym dopłynęliśmy tu z Kolumbii oraz 1-godzinnego lotu – wybieramy tę szybszą. Co nie znaczy, że pozbawioną elementu ryzyka. Po przygodzie z zagubionym bagażem w trakcie lotu z Bogoty do Leticii (Avianca – pamiętamy!) powietrzne wojaże przestały mi się kojarzyć z pieczywem z masłem.

Ale tym razem wszystko przebiega gładko. Krótki lot, szybko odebrany bagaż i jesteśmy w Pucallpie – stolicy amazońskiego regionu Ucayali. Miasto podobno nie zalicza się do najpiękniejszych, ale tuż obok położona jest zachwalana przez Wikitravel Yarinacocha – niewielki kurort nad rzeką Ucuyali. I o podwózkę w to miejsce prosimy lotniskowego mototaksistę. Bo tak – Pucallpa podobnie jak Iquitos opanowana jest przez te trójkołowe smoki. Co zrobić, jedziemy. W trakcie jazdy kierowca zaczyna nas przekonywać, że ta Yarinacocha to nie bardzo, że niebezpiecznie, że już lepiej w samej Pucallpie… Jeszcze do niedawna puścilibyśmy takie gadanie mimo uszu, ale po wszystkich juigalpach i nożownikach zaczynamy zastanawiać się nad weryfikacją naprędce skleconego planu. Ja coś tam jeszcze próbuję dyskutować, że no bez przesady, w biały dzień chyba nie mordują. A pan taksista odwraca się wtedy do nas, przykłada rękę do gardła i mówi, że i owszem, zdarza się. Ok, to idź pan w chuj z tą Yariną, wieź nas do bezpieczeństwa. I tak lądujemy w hotelu, którego nazwę już zdążyłem zapomnieć i w samej Pucallpie. I wierzcie mi – to jest prawdziwa dupa świata. To takie Iquitos minus nadamazońskie bulwary i ładne, acz zaniedbane budynki. Tu są tylko zaniedbane budynki. Bazar ciągnie się kilometrami, bzyczenie mototaksówek miesza się z krzykliwymi reklamami smażonego kurczaka i ryczącymi dźwiękami płynącymi z nastawionych na full głośników setek sklepów z mydłem i powidłem. Dramat. Zwiewać nie bardzo jak, bo za tydzień mamy planowo zaszyć się w dżungli na peruwiańskie agrowczasy i wspólnie ze znajomymi znajomych spędzić wielkanocny czas. Trzeba nam więc być gdzieś w okolicy. Leżeć i NIC nie zwiedzać. Internecie, ratuj! Po godzinie poszukiwania i kombinowania, jak wyjść z tej kabały, znajdujemy idealne rozwiązanie na Airbnb – położoną na przedmieściach tej dupy świata Casę Maracuyę, czyli dom, w którym mieszka Helena, ekspatka z Francji, która z jakichś powodów upatrzyła sobie Pucallpę jako miejsce do życia. Następnego dnia stoimy z naszymi tobołami pod jej chatką. Okazuje się, że ojciec Heleny jest Polakiem, panem Kamińskim, a ona sama artystką, która od dłuższego czasu chciałaby wyjechać do Limy, ale nie może – bo nie ma z kim zostawić swoich psów, kur i kota. I wtedy zjawiamy się my. Lol? Wzajemnie spadamy sobie z nieba. My przez tydzień możemy żyć na zwolnionych obrotach w jej domu, bez potrzeby męczenia się z hiszpańskim, ona ze spokojem wyjechać załatwiać swoje sprawy w stolicy Peru. Bo komu ufać, jak nie prawie rodakom?

I tak oto przez ponad tydzień zeszliśmy z podróżniczego szlaku, a nasza aktywność ograniczyła się do karmienia psów i kur, zamiatania liści z drzewa marakui i wypadów na pobliski bazar. Poza tym – książka, hamak, Narcos i wielki spokój podpucallpskiej okolicy. 

Wielkanoc

Z pylistej Pucallpy przenieśliśmy się nad lagunę Cashibococha. Plan był taki, żeby pobyć trochę w zupełnej głuszy, odciąć się od świata i wszystkich pokus i uciech związanych z internetem. No i zastanowić się wreszcie, o co tak naprawdę w tym życiu chodzi. Mi. Bo podróż zaraz się skończy i znowu nie będzie na to czasu. Albo chęci.

Przez 10 dni siedziałem więc intensywnie w swojej głowie, spałem, srałem, rozmawiałem z ludźmi mądrymi i mądrymi mniej i szukałem czegoś, co zgubiłem gdzieś dawno temu, a czego nigdy do końca nie potrafiłem nazwać. I cholerka, chyba znalazłem. Właśnie tam, w drewnianej chacie w środku amazońskiej dżungli. I warto było przewalić się przez pół świata, stracić plecak i przeżyć starcie z nożownikiem, żeby dotrzeć do tego miejsca. Piękna Wielkanoc. Nie do zapomnienia i nie do opisania.

Tak to było. I z tym dodatkowym, słodkim bagażem i sercem lekkim jak nigdy w tej podróży zakończyłem jej amazoński etap. Dawać mnie to Peru, wracamy na trasę!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY
2 komentarze
  1. Odpowiedz

    Ewa

    5 maja 2017

    No ale co to za sekret? Co wymyslilas w amazonii?i to bez ayahuaski bez san pedro? 😀 😀 wracacie kiedys?

    • Odpowiedz

      Jacek

      5 maja 2017

      a tam, od razu bez ayahuaski 😉 ale to część podróży nie na bloga, trochę zbyt osobista, żeby robić z tego jo-flesz. opowiem, jak się kiedyś spotkamy na edno shumensko ;] a plan jest taki, żeby kiedyś wrócić, ale jeszcze za dużo Peru w Peru, żeby pakować manaty i łapać stopa do Europy. #więcejRapu

Zostaw komentarz