Ameryka moim okiem Salwador

Święta i cztery noce z Santa Aną

31 grudnia 2016

Najpiękniejsze święta w roku spędziliśmy w jednym z najbrzydszych miast, jakie dotychczas miałem okazję w tej Podróży odwiedzić. W rolę opłatka wcieliła się bułka do hot-dogów, a w ramach kolacji wigilijnej zjedliśmy tortasy – salwadorski odpowiednik grillowanych kanapek Oscar, dobrze znanych bywalcom podziemi w centrum Warszawy. Nasze miniprezenty św. Mikołaj zapakował w czarne plastikowe torebki, których tak w Santa Anie, jak w całym Salwadorze pod dostatkiem, obwiązał kokardkami ze sznurówek i zostawił pod 5-centymetrową choinką z kartonu. Poza tym wszystko jak w Polsce: brak śniegu, wizyta w zatłoczonym centrum handlowym i rozmowy z bliskimi.

Santa Ana to drugie największe miasto Salwadoru (ok. 270 tys. mieszkańców). Mimo to dla turysty jest w zasadzie jedynie miejscem wypadowym do pobliskich atrakcji stworzonych przez naturę – wulkanu Santa Ana, jeziora Coatepeque i parku Cerro Verde. Tych zbudowanych przez człowieka w samym mieście – jak na lekarstwo. Przede wszystkim monumentalna katedra na centralnym placu i znajdujący się obok teatr. Trip Advisor wymienia jeszcze kilka muzeów i centrum handlowe Metrocentro. Nie wspomina za to o OLBRZYMIM bazarze znajdującym się nieopodal centrum. Stragany z jedzeniem, owocami, elektroniką, ciuchami, pirackimi kopiami filmów na DVD, rowerami i Bóg wie, czym jeszcze ciągną się przez dobrych kilkanaście ulic. O tym jak dobrze jest ten bazar wyposażony niech świadczy fakt, że udało mi się tam znaleźć nawet taki rarytas, jak grzałka. Poprzednia spaliła się na amen kilka dni wcześniej i choć podgrzewała wodę mniej więcej przez godzinę, tęskniliśmy (w sensie głównie Żona, ale mnie też czasami brakowało kawy, choćby najlichszej, o poranku – nie w każdym miejscu, w którym nocujemy dało się ją przygotować w kuchni) za nią intensywnie.

Gdy po dobrej godzinie błądzenia po tym bazarowym molochu udało mi się znaleźć sklep z między innymi grzałkami, tak bardzo się ucieszyłem, że podarowałem pani napiwek w postaci 100 polskich złotych z Ludwikiem Waryńskim.

Ale i tak – raczej ubogo, ale nie brak atrakcji najbardziej w Santa Anie może uwierać. Największym problemem tego całkiem urokliwego, mimo swych rozmiarów, miasta są wszechobecne śmieci. Niezależnie od tego, czy jesteś w reprezentatywnym centrum czy w okolicach położonej kilkanaście przecznic dalej pralni, miasto wygląda jakby od dłuższego czasu trwał w nim strajk śmieciarzy (inna sprawa, że za tę pralnię jestem w stanie wiele Santa Anie wybaczyć). Widać, że ktoś nie uważał na polskim i nie słuchał księdza Robaka, który przecież mówił wyraźnie, że „(…) przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci; Oczyścić dom, powtarzam, oczyścić dom, dzieci!”. Ech, dziatki salwadorskie, a jaka uczta ważniejsza niż ta wigilijna?

Mimo to spędziliśmy w tym mieście niemal 5 dni. Raz że jesteśmy szaleni, dwa, że mieliśmy plan. Plan był taki, żeby jednego dnia wspiąć się wreszcie na jakiś wulkan, którymi cała centralna Ameryka stoi, a pozostałe poświęcić na przygotowania do świąt i – uwaga, uwaga – kolejnego wolontariatu (YOLO), który zamierzaliśmy zrobić na farmie organicznej w pobliskim San Andres.

Poza tym – wszystkie grzechy typowe dla dużego miasta: hałas, korki, krzyki, a w związku ze świętami także grzech typowy dla Ameryki Łacińskiej – petardy!

Zatrzymaliśmy się w hotelu La Libertad położonym w samiutkim centrum miasta, jedną przecznicę od katedry. Za 12$ za noc dostaliśmy duży, schludny pokój, szybki internet, sympatycznych panów na recepcji i wyciąg z salwadorskiego prawa zakazującego seksu z nieletnimi. Fair enough.

Szybki internet był w tej układance o tyle istotny, że chcieliśmy choć skaypowo połączyć się z rodziną, pożyczyć im czegoś dobrego, a przy okazji posłuchać o potrawach, których w tym roku z racji amerykańskich wojaży nas ominą.

Wigilia w Salwadorze

Że Wigilia i Boże Narodzenie w Polsce to czas wyjątkowy, nie trzeba nikogo zbytnio przekonywać. Nawet jeśli nie jest się specjalnie wierzącym, z rodziną jest się raczej na bakier, nie ma się telewizora, a w swojej miejscowości dużego centrum handlowego, które już od października przypominałaby, że Kevin już zaraz będzie znowu sam w domu, nie sposób nie odczuć, że na te trzy grudniowe dni życie zaczyna toczyć się w innym rytmie. Tuż przed 24 grudnia wszyscy wokół dostają przyspieszenia i obłędu w oczach, sklepy są otwarte dłużej niż zwykle, a politycy przestają na siebie szczekać (albo przynajmniej nawołują, żeby ci drudzy przestali), by potem nagle, za dotknięciem magicznej pierwszej gwiazdki, karta się odwróciła – ludzie znikają z ulic, sklepy witają nas wywieszkami „zamknięte”, a politycy znikają z telewizorów.

To w Salwadorze nie. Czy świątek, czy piątek – jest tak samo. Już nie będę dzielił się oczywistościami, że jak tropiki i palmy zamiast choinek na ulicach, to w ogóle nie czuć świąt (poza tym choinki są – w każdej, ale to każdej, nawet najmniejszej miejscowości na centralnym placu obowiązkowo musi pojawić się minimum jedna sztuka; im większe miasto – tym choinka i liczba pstrokatych światełek dookoła większa). O wiele bardziej zdziwiło mnie, że w samo Boże Narodzenie znakomita większość sklepów, restauracji czy ulicznych bud z jedzeniem była otwarta. Normalnie funkcjonował transport publiczny, z tego, co wiem bez problemu można się też było wybrać z biurem podróży/przewodnikiem na wybraną wycieczkę. Nasz hotel też działał zupełnie zwyczajnie. Choć mieliśmy obawę, że ktoś będzie chciał nas na okres świąt z La Libertad wyprosić, panowie z recepcji 24 i 25 grudnia oglądali telewizję i uśmiechali się do nas przy wchodzeniu i wychodzeniu do hotelu tak samo, jak przez pozostałe dni. Wszystko było do tego stopnia jak zawsze, że nasze Feliz Navidad („wesołych świąt”) wydawało się wręcz nie na miejscu. I mimo że parę osób zagajonych po drodze o święta w Salwadorze wyjaśniało nam, że obchodzi się je głównie w gronie rodzinnym, a największą atrakcją w strefie publicznej są wystrzeliwane o północy fajerwerki, i tak byłem tą codziennością nieco skołowany.

A propos fajerwerków – tylko ambicja i huk dookoła sprawił, że po tym całym długim dniu nie poszedłem spać i około północy wylazłem z Żoną do parku centralnego, żeby obejrzeć tak hucznie zapowiadany pokaz sztucznych ogni. Wychodzimy, a tam zdziwko: katedra zamknięta (najwyraźniej nie odprawia się w niej pasterki), a na placu wręcz pustki. Kręciło się po nim kilka osób, ktoś nieśmiało odpalał zimne ognie. O północy fajerwerki faktycznie pojawiły się na niebie, ale w znacznej odległości od centrum. Tam, gdzie byliśmy, wyglądało to mniej więcej tak:

 

 

Dlatego o świąteczną atmosferę w naszym pokoju w La Libertad zatroszczyliśmy się sami. Była choinka, były kolędy, były prezenty, był wigilijny stół i powiedzmy-że-biała i tylko ciut niewyprasowana koszula. Z internetu wypożyczyłem „Kevina…” i inne filmy o tematyce wokoło świątecznej. Było nawet coś jakby sernik (jego salwadorski odpowiednik, czyli quesadilla). Ale przede wszystkim byliśmy my. Cała reszta jest tylko dodatkiem, niezależnie od tego, czy to Salwador, Płochocin czy Zygmuntowo.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz