Ameryka moim okiem Salwador

Salwadorskie rarytasy to nie tylko pupusasy (chociaż przede wszystkim)

22 stycznia 2017

Salwadorze, Salwadorze, kto całe twoje zapasy zjeść pomoże? Przez trzy tygodnie pobytu w tym kraju wielkości województwa mazowieckiego starałem się, jak mogłem. Jadłem, piłem, trzysta kilo przytyłem. Co po drodze znalazłem, w brzuszku i w tym pościku umieściłem.

Salwador, a w zasadzie El Salvador, nie miał najlepszej prasy wśród innych podróżników, których spotykaliśmy na trasie. Wiele osób omija ten kraj szerokim łukiem, ewentualnie śmiga przez niego, jadąc z Nikaragui do Gwatemali lub odwrotnie. Niedawno (początek lat 90.) zakończona wojna domowa i kryzys gospodarczy sprzed kilkunastu lat (jedynym z jego skutków było zastąpienie lokalnej waluty amerykańskim $) sprawiają, że Salwador wciąż ma reputację kraju niezbyt stabilnego i umiarkowanie bezpiecznego, w którym lepiej nie zatrzymywać się na dłużej. A TOŻ TO BŁĄD PRZECIEŻ! I to duży. Salwador okazał się wspaniałym, niezwykle gościnnym krajem, z pięknymi krajobrazami, przemiłymi ludźmi, świetnymi drogami i, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, pysznym i całkiem zróżnicowanym jedzeniem. Wbrew pozorom nie samymi pupusasami, czyli swoim najbardziej znanym daniem, Salwador stoi.

Oto Salwador od kuchni (głównie ulicznej).

Atole

Bardzo gęsty napój serwowany na ciepło w porze śniadania i podwieczorku. Może być zrobiony z owoców, mleka i płatków owsianych, orzechów i Pan Niebieski wie, czego jeszcze. Dość sycący, więc spokojnie może zabić mały głodek. Mnie atole w smaku zbytnio przypominało bułgarską bozę, więc specjalnie się nim nie zajadałem, za to Żonie smakowało więcej niż bardzo.

Desayuno tipico

Czyli tradycyjne śniadanie. W wersji salwadorskiej to papka z fasoli, awokado, jajecznica z pomidorem i cebulą, kawałek sera typu twaróg i smażone platano, czyli słodki banan. Obowiązkowo z mocną, gotowaną kawą. Pycha! W El Zonte, za jedyne 2 $, do śniadania można było dokupić godzinny dostęp do internetu. Smakowało tym bardziej.

Empanada

Coś na słodko – banan faszerowany mlecznym budyniem i smażony w głębokim tłuszczu. Taki niby pączek, ale jednak nie pączek. Pycha (przynajmniej dla mnie)! Co ciekawe, w Meksyku empanadą nazywa się faszerowaną różnościami tortillę (również smażoną). Czyli już w ogóle nie pączek.

Especial El Raiz

Miejscowość Juayua słynna jest na cały Salwador z odbywającego się tutaj co weekend festiwalu jedzenia. W każdą sobotę centrum miasta zamienia się w jeden wielki street foodowy plac. I to był magnes, który nas do Juyaui przyciągnął. Sam festiwal raczej mnie rozczarował, delikatnie rzecz ujmując. Większość stoisk serwowała dania kuchni międzynarodowej (krewetki, pasty itd.), a poza tym mięsa w różnych postaciach. Nuda. Niemniej, że tu przyjechaliśmy nie żałuję ani trochę, bo przypadkiem zjadłem tutaj chyba najlepszą kolację podczas całego mojego salwadorskiego bycia.

To może nie do końca danie typowe dla kuchni salwadorskiej, bo zjeść je można tylko w jednym miejscu, ale było to tak dobre, że grzechem byłoby o tym specjale nie wspomnieć. Zaserwował je nam szef kuchni i właściciel kawiarni El Raiz połączonej z hostelem Kiwi-Melon, w którym się zatrzymaliśmy.

Danie w stylu „proste jak budowa cepa, ale sam byś na to w życiu ciulu nie wpadł”. Zgrillowana tortilla podana z lokalnym serem, kawałkami mięsa (chorizo albo kurczakiem), awokado, pomidorem i świeżym szczypiorem. Całość polana oliwą z oliwek. Będę go zjadł!

PUPUSASY


Jak bardzo ów szef kuchni z tej miejscowości o dziwnej nazwie nie chciałby mnie przekonać, Salwador to przede wszystkim pupusasy. Smażone głównie wieczorem (po jakiejś 17-18) są podstawą diety każdego mieszkańca kraju, chyba niezależnie od wieku czy statusu społeczno-materialnego. Być w Salwadorze i nie zjeść choć jednego pupusasa, to jak przyjechać do Polski i nie zjeść… Nie, w zasadzie nie wiem, do czego z naszego podwórka można by to porównać. Pupuserie, czyli miejsca, gdzie serwuje się pupusasy, są wszędzie. Zdarzają się ogromne z całą restauracyjną otoczką, kelnerami, możliwością płacenia kartą itd,, jak i malutkie, rozstawiane wieczorami tuż przy ulicy. I choć ze zdrowym odżywianiem nie mają za wiele wspólnego i po 3 tygodniach w Salwadorze czułem się jak jeden wielki smażony, tłusty placek, na myśl o pupusie z dynią cieknie mnie ślinka.

Quesadilla

Dla znawców kuchni meksykańskiej pewnym zaskoczeniem może być, że salwadorska wersja quesadilli bliższa jest naszemu… sernikowi niż temu, co można kupić na każdej ulicy w Oaxace czy Mexico City. O ile tam quesadilla to dwie podsmażone tortille, najczęściej z masy kukurydzianej, z roztopionym serem, o tyle w Salwadorze tym mianem określa się słodki deser robiony z masy mączno-serowej.

Pilsner

Czyli marka najpopularniejszego miejscowego piwa (na zdjęciu dla zmyłki pokazana w towarzystwie brazylijskiej Brahvy). Z czeskim Pilsnerem wiele wspólnego ten browarek nie ma, niemniej w upalne dni specjalnie na smak jego salwadorskiego odpowiednika nie narzekałem. Po 3 miesiącach w Ameryce Środkowej zdążyłem przywyknąć do tego, że piwo nie jest tu najpopularniejszym trunkiem, a przez to niespecjalnie jest w czym wybierać (pomijając Meksyk, gdzie rynek piwny ma się całkiem nieźle). Tak jak w Gwatemali rządzi browar o nazwie Gallo, a w Nikaragui na półkach monopolowych króluje Tona, tak w Salwadorze numerem jeden jest Pilsner. Alternatyw jak na lekarstwo.

P.S. Pilsner oczywiście najlepiej smakuje w towarzystwie ociekających tłuszczem, gorących pupusasów.

Riguasy

Placek smażony ze słodzonego ciasta kukurydzianego. Dla przełamania smaku podaje się go z kawałkiem słonego sera i śmietaną.

Po kilku pierwszych dniach w Salwadorze byłem tak zachwycony pupusasami, że nawet nie brałem pod uwagę spróbowanie czegokolwiek innego. Dlatego do pomysłu Żony, żeby zjeść to dziwne połączenie słodkiego ze słonym, podchodziłem mocno nieufnie. Że jednak na horyzoncie nie było akurat żadnej działającej pupuserii, zaryzykowałem. I, że tak napiszę, ooooooooo tak! Riguasy okazały się strzałem w dyszkę.

Tortasy

W zasadzie to samo, co riguasy, tylko kształt inny. Z ciasta lepi się placuszek i smaży w głębokim niczym oczekiwania Polaków wobec kolejnych rządów tłuszczu.

Yuka

Czyli puree z gotowanej juki (inaczej manioku, miejscowej alternatywy dla kartofla). Podawane z sosem pomidorowym, kawałkami wieprzowiny, surówką z kapusty i pomidorów. Serwowane w liściach bananowaca. W sumie ładniej wygląda niż smakuje. Z drugiej strony, jeśli ktoś znudzi się już pupusasami, juką można najeść się znacznie bardziej niż riguasami czy sernikiem.

xxx

No i tak to z grubsza wygląda. Grubsza też była moja warstewka tłuszczu po wyjeździe z Salwadoru. Poza tym doskonałym żartem, dodam jeszcze na koniec, że ten post to w większości zasługa Żony, bo chyba nie sądzicie, że ja sam z siebie wpadłbym na pomysł, że coś jest dodane do czegoś dla przełamania smaku. Poza tym, gdyby nie Żona pewnie przez trzy tygodnie jadłbym pupusasy trzy razy dziennie. Także dziękuję i pozdrawiam.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz