Ameryka moim okiem Meksyk

Rozproszone stany Mexico City

31 października 2016

5 dni w Mexico City (Ciudad de Mexico, CDMX, DF, deefe), a czuję, jakbym spędził tutaj miesiąc. Wrażeń i obserwacji tyle, że mogłoby z nich wyrosnąć kilka tęgich wpisów. Jeśli Chetumal był jak rollercoaster, to CDMX trzeba by porównać do diabelskiego młyna, który jakiś śmieszek umieścił na rajskiej polanie położonej na kilometrowym klifie. Wsiadłem do tego młyna bez instrukcji obsługi i zanim zdążyłem zapytać „gdzie tutaj są pasy?”, ktoś wcisnął start.

Mexico City – po polsku po prostu (pppp) Meksyk. W podstawówce darzyłem je dużą sympatią, bo łatwo było zapamiętać, jakiego kraju jest stolicą. Jeszcze chyba jakieś dwa lata temu żyłem z wiedzą wyniesioną z tejże podstawówki, że to największe miasto świata, bo wraz z przyległościami ma pierdyliard mieszkańców. Podobno już tak nie jest i na liście miast-molochów jest gdzieś w ogonie pierwszej dziesiątki, ale tam, kto by się przejmował takimi rankingami. Byłem tu tylko 5 dni i wszystkich meksykańskich meksykanów nie policzyłem, ale na pewno było ich dużo.

Jedno miasto, a oblicz tyle, że nasz Światowid może ze wstydem zakopać swoje cztery w zimnym nadbałtyckim piasku. Czasami wystarczyło odbić jedną uliczkę w bok, by z hipsterskiej dzielnicy pełnej turystów i młodych, modnie ubranych i przystrzyżonych lokalsów znaleźć się w świecie, w którym rządzi taco, smażona świnia i obnośni handlarze mydła i powidła. I właśnie w takiej okolicy zaczęła się ta dzika meksykańska PRZYGODA.

W meksykańskim karcerze

Jak już wierny czytelniku wiesz, do deefe przedarłem się w sposób uwłaczający godności każdego szanującego się backpackera, czyli samolotem. Nie wstydzę się tego, przyznaję – leciałem, było elegancko, klimatyzacja znowu mnie nie zabiła, a fotele były bardziej komfortowe niż w Polskim Busie Gold. Z drugiej strony na pokładzie nie rozdawali prince polo, więc lot taki znowuż luksusowy nie był.

W tym szaleństwie była jednak metoda. Wiedziałem bowiem, że przynajmniej dwie pierwsze noce w stolicy Meksyku spędzę w hostelu (a w zasadzie w hospodaje, szybko nauczyłem się różnicy między tymi dwiema formami akomodacji), w którym nocleg kosztuje 9 zł i którego średnia ocen na bookingu wynosi 2,5. W sensie sami rozumiecie: GRUBO.

Port lotniczy Meksyk-Benito Juarez jest ogromny, ale wydostanie się z niego było dosyć proste. Do plusów DF z pewnością należy bowiem doskonała komunikacja miejska. Metrem (bilet jednorazowy kosztuje 5 M$) można dojechać chyba wszędzie, a na pewno wszędzie tam, gdzie chciałby każdy turysta. Do miejsca, którą obrałem sobie na meksykańską bazę – kolonii Gurerro w dzielnicy Cuauhtémoc – też.

La Hospodaje de Colonial – jak tylko zobaczyłem to miejsce, z miejsca (tego samego) zawstydziłem się, że napisałem do nich maila po angielsku z zapytaniem, czy znajdzie się tutaj prywatny pokój dla mieszanej płciowo pary.

Ok, ale że warunki będą raczej surowe, to wiedziałem po zdjęciach z bookingu. I spoko, z niejednego pieca chleb się jadło. Przeżyłem pół roku w bułgarskim akademiku, meksykańskie hospodaje nie może być gorsze. „A jednak cwaniaku! Za młody jesteś, żeby myśleć, że nic nie może cię już zaskoczyć!”. I nawet nie do końca chodzi o zlew bez odpływu, kibel bez deski czy 8-metrowy pokój z czterema łóżkami.

Na jednym z tych łóżek zakwaterowała się Olga, Chinka z Tajwanu. Jak się okazało – miłośniczka Polski, Tokarczuk i Kieślowskiego. I do tego NIEZWYKLE KOMUNIKATYWNA osoba. Od kilku miesięcy w podróży, Hospodaje la Colonial wybrała sobie za bazę wypadową do okolicznych oper i teatrów. W 10 minut opowiedziała mi o WSZYSTKIM, co warto zobaczyć nie tylko w DF, ale w ogóle w Meksyku i na świecie, a jako że był to jej drugi (sic!) pobyt w tym hospodaje, dorzuciła też kilka cennych rad na temat podstawowych zasad bezpieczeństwa i savoir a vivr’u w nim panujących:

  • jeśli wychodzisz na miasto, wszystkie cenne rzeczy ZAWSZE zabieraj ze sobą;
  • ZAWSZE, ZAWSZE zamykaj za sobą drzwi, nawet jeśli idziesz tylko na siku;
  • jeśli robisz pranie, nie wywieszaj go na wspólnym podwórku (jej już raz zginęły skarpetki);
  • nie zdejmuj prześcieradła z materaca, bo pod spodem odkryjesz świat, którego odkryć byś nie chciał.

Olga wypluwała z siebie słowa, rady, zachwyty i utyskiwania szybciej niż rośnie polski dług publiczny. Pomyślałem sobie, że skoro w tym miejscu kradną nawet chińskie skarpetki, to jednak bardziej dziko niż w Studenckim Gradzie w Sofii. Ale co zrobić, zainwestowałem w dwa noclegi w hospodaje 36 zł, więc nie było odwrotu. Spakowałem wszelkie precjoza (laptop, aparat, Nooka, turystyczną itd.) w plecak podręczny i wyszedłem na zwiedzanie okolicy i szukanie czegoś do zszamania.

Zgodnie z moimi przewidywaniami, kolonia Guererro nie okazała się ani urbanistyczną perłą, ani miejscem zaskakującym różnorodnością kulinarnych doznań. Na każdym kroku można było spotkać knajpką, budkę albo kawałek chodnika z plackami z kukurydzy serwowanymi na kilkanaście różnych sposobów (wystarczy dodać pietruszkę albo skropić cytryną i pyk – mamy nowe danie i nową nazwę). Mieszanka zapachów (smażonego mięsa, surowych kurczaków, niemytych ludzi, perfum i kadzideł), kakofonia (nawoływania handlarzy zachwalających swoje produkty, kierowcy trąbieniem sygnalizujący chęć manewru), tłum nieprzerwanie płynący przez nierówne meksykańskie chodniki, a do tego temperatura bliższa wczesnej polskiej jesieni niż upałom, do których przez ostatnie 3 tygodnie zdążyłem przywyknąć (ok. 16 stopni!) naprawdę mocno mnie skołowały. I gdy tak sobie stałem skołowany przed jakąś knajpą, zastanawiając się, czy mam ochotę na placek kukurydziany z mięsem czy z kurczakiem, zaczepił nas (oczywiście byłem z Żoną) rubaszny typ w okularach i rzucił, płynną angielszczyzną, w naszą stronę: „Hej, ludzie! Kim wy jesteście? Widzę was wszędzie, przed chwilą byliście po drugiej stronie ulicy, a teraz jesteście tutaj. Co z wami, co tu robicie?”. Najpierw lekkie CO DO CHUJA, ale szybko okazało się, że Lawrence, bo tak miał ma imię typ, jest niezwykle sympatycznym i bezpośrednim Amerykaninem (z USA!), który mieszka sobie w Mexico (akurat w naszej proletariackiej dzielnicy) i uczy angielskiego. Po 30 sekundach postanowił nas zabrać na najlepsze taco w okolicy, po minucie zapytał, czy palimy marichuanen, a po dwóch powiedział, gdzie mieszka, zaprosił do siebie i dał namiar na siebie na Buniu. Woah, Meksyku dziki! Czułem się, jakbym po bardzo długim spacerze po cichym i spokojnym korytarzu nagle wpadł w automatyczne obrotowe drzwi z muzyką ustawioną na cały regulator. 100% crazyyy! Na ten dzień wrażeń było jednak już dość, podziękowałem za zaproszenie na używki, zjadłem pyszne taco w rekomendowanej przez Lawrence’a knajpie i wróciłem do naszego więzienia na spoczynek.

Nie spać, ZWIEDZAĆ!

Rano okazało się, że żadna skarpetka mi nie zginęła, nadal miałem obie nerki i wszystkie palce, więc pełen entuzjazmu ruszyłem na zwiedzanie WSZYSTKIEGO. Planowanie naszych marszut i ustalanie tego, co zobaczyć warto, a co jednak można sobie odpuścić, to domena Żony. Sam mam problem z tymi wszystkimi must see. Wiadomo, że najczęściej to ładne i zazwyczaj rzeczywiście robi wrażenie, ale to także gwarancja, że będzie tam głośno i gwarno. No me gusta. Pewnie gdybym podróżował sam mógłbym pobić rekord w liczbie nieodwiedzonych miejsc, które trzeba było zobaczyć tam, gdzie byłem. „Jak to, byłeś w Mexico City i nie widziałeś tego i tamtego?!”. Trochę nie mam cierpliwości do tego planowania, trochę mam dysfunkcję mózgu polegającą na totalnym braku orientacji w terenie, więc nawet jakbym zaplanował, to i tak bym nie trafił. Serio, zdarzało mi się gubić w centrum Ciechanowa. A do tego nie lubię pytać ludzi o drogę. 3 godziny będę błądził po tym centrum, ale nie zapytam. FANTASTYCZNY MATERIAŁ NA PODRÓŻNIKA.

Na szczęście Żona jest tutaj moją antytezą: łapią ją nerwoskurcze, gdy nie wie, gdzie jest, a moment, w którym dostaje mapę danego miasta jest dla niej jak połączenie wszystkich radości płynących z Gwiazdki, Wielkanocy i końca roku szkolnego. Dzięki niej udało mi się zobaczyć słynne murale pięknego Diego Rivery (czy tam odwrotnie), całe to zatłoczone historyczne centrum, zachwycające muzeum Fridy Kahlo (nie sądziłem, że muzeum typu „szczoteczka do zębów Fridy, pędzel Fridy, łózko Fridy, kuchnia, w której Frida gotowała, krzesło, na którym siedziała, lustro, w którym się oglądała – NIE DOTYKAĆ!” może zrobić na mnie tak dobre wrażenie) czy imponujące muzeum antropologiczne. No i przy okazji pospacerować po pięknych meksykańskich ulicach. Bo okazało się, że nasze Guererro specjalnie reprezentatywne nie jest (a może właśnie jest). Zarówno o tych kilku atrakcjach, które udało mi się zobaczyć, jak i samej architekturze CDMX można by elaboraty tworzyć.

Sam z siebie chciałem obejrzeć walki lucha libre, czyli meksykańskiej wersji wrestlingu. COME ON! Zamaskowani zapaśnicy tarzający się po ringu! To lepsze niż wszystkie murale Diego i obrazy Fridy razem wzięte. Ale nie udało mi się tego zobaczyć na żywo. Meksyk nie pozwolił…

Akcja-reakcja

Wiadomo, że takie podróżowanie to nie tylko whisky i ananasy. Ale szczerze sądziłem, że już takie standardowe chorowanko, bo zmiana klimatu, inne bakterie itd. mam już zaliczone. W Tulum miałem ten jeden dzień, że czułem się, jak mocno nie do życia. „A jednak cwaniaku! Za młody jesteś, żeby myśleć, że nic nie może cię już zaskoczyć!”. W środę, wracając do hotelu (tak, już hotelu – 195 M$ za pokój za noc – dwa dni w karcerze uznałem za wystarczającą pokutę za rozpustę na Jukatanie), czułem się tak kiepsko, że nawet jak się bardzo skupiłem, nie byłem w stanie wymyślić żadnego nieśmiesznego żartu w stylu „jaka jest różnica między jogurtem a facetem?”. Słowem: było słabo. Z podróży zatłoczonym metrem (10 stacji) i drogi wzdłuż drogi z zapachami smażonej świni i dezodorantów Bond pamiętam niewiele. Marzyłem tylko żeby się położyć w śpiworze (tak, tak, wakacje się skończyły), zamknąć oczy i wyłączyć świat. Na pewno miałem gorączkę, dreszcze i zbierało mi się na urzyg. Obudziłem się chyba około północy – z potężnym bólem głowy i świdrowaniem w żołądku. To pierwsze potęgował jeszcze hałas dobiegający z ulicy. Nie wiem, co się tam działo, ale dźwięk był taki, jakby ktoś wyburzał budynek obok nas. Albo zrzucał małe bomby na tę dzielnicę. Do tego krzyki ludzi i dźwięki policyjnych syren. I potem cisza, jakieś 10 minut. Akurat tyle, żebym przekręcił się na drugi bok i zaczął zasypiać. I znowu: ŁUUUUUUUUUUUUUUUUUP-JEB ŁUBUDU! Ioioioioioioioioioioioioioioioioioio (tak robi syrena policyjna, jakby ktoś nie wiedział). I tak do jakiejś 4 rano. Miałem wrażenie, że władze Meksyku skapnęły się, z jakiego kraju jestem i mszczą się za przegraną bitwę na gdyńskiej plaży sprzed 3 lat. To był taki moment, w którym wydawało mi się, że już nic i nigdy nie będzie dobrze. Miałem ochotę udusić każdego meksykanina, który wpadnie mi w ręce, jak tylko podniosę się z łóżka. Za to durne miasto, za te hałasy, za to śmierdzące jedzenie, za te odległości, za deszcz, za zimno, za ból głowy, za dreszcze, za to że nie mogłem pójść na lucha libre…

Czas jednak koi rany. Następnego dnia poczułem się już ciut lepiej. Na śniadanie zjadłem suchą bułę, a na obiad zwykły rosół. Wstręt do tych wszystkich placków mam nadal, a przez kolejne dni, przechodząc koło ulicznych kuchni, którymi tak zachwycałem się w Tulum, zakładałem na nos swój niezawodny buff, żeby nic nie czuć, bo od razu zbierało mi się na rzyga. Dwa ostatnie dni w Mexico City to była już fala wznosząca – katolicki Disneyland z Matką Boska z Guadelupe w roli głównej i parada z okazji Dia de los muertos, którym mam nadzieję, poświęcić osobny wpis.

Ech, Mexico, Mexico, takie to właśnie jesteś. Jak panna na wydaniu. Trochę ponęcisz swoim pięknem, rzucisz kilka ładnych słówek i dasz nadzieję na więcej i mocniej, a gdy absztyfikant już zacznie się w ciebie zapadać i robić w twoją stronę maślane oczy, uchylasz rąbka swej spódnicy i okazuje się, że tam tylko grzyb i parchy. Ni cię kochać, ni cię nienawidzić.

Nie żałuję tych kilku dni w CDMX, tak samo jak tego, że już mnie tam nie ma. Cieszę się, że oparłem się pokusie spierdalania stamtąd już po dwóch dnia, kiedy leżałem na dnie rowu z młotem pneumatycznym koło mojego ucha (i oka oczywiście). Było warto poczekać na słońce które pokazało się nad deefe w piątek i zostać na tę paradę z Bonda, o której wkrótce.

Dziś jestem już w Puebli, czyli zupełnie nie tam, gdzie miałem być i idę w burzę po więcej PRZYGÓD.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz