Ameryka moim okiem Gwatemala

Restart (?) nad wystarczająco pięknym jeziorem Atitlan

8 grudnia 2016

Idziesz do Biedronki, bo codziennie mają tam niskie ceny, kupujesz L’Oreal, bo jesteś tego warta i jedziesz nad jezioro Atitlan do Gwatemali, bo to najpiękniejsze jezioro świata. Autorem ostatniego zdania, które kilkanaście lat temu gwatemalscy spece od marketingu przekuli w nośny slogan reklamowy, jest pan Aldous Huxley (ten od „Nowego Wspaniałego Świata”). Takie przemyślenie zawarł w napisanej jakieś 80 lat temu książce „Świat poza granicami Meksyku” (oczywiście nie jest tak, że ją czytałem, po prostu papuguję za Wikipedią i innymi blogami podróżniczymi).

Położenie (1563 m n.p.m.), otoczenie (TRZY wulkany: San Pedro, Tolimán, Atitlán oraz kilkanaście maleńkich wsi i miasteczek, którymi usłane jest nadbrzeże – każde na swój, zupełnie inny sposób, urocze), powierzchnia (130 km kw.), to że najgłębsze w Ameryce Środkowej, Maximon (takie majskie bóstwo, które od lat kościół katolicki próbuje usynowić) – powodów, żeby Atitlanem się zachwycić jest z pewnością sporo. Niezależnie od tego, czy jesteś angielskim powieściopisarzem, jarającym się meskaliną i LSD, czy polskim mężem z trzydziestką na karku.

lake-atitlan-map

ALE…

… ja się jakoś nie zachwyciłem.

Jak jesteś choć trochę kumaty, to na pewno się ze mną zgodzisz, że by jakieś miejsce naprawdę złapało cię za jaja nie wystarczy, żeby było piękne/cudowne/jedyne w swoim rodzaju itd. Każdy kto był w Sofii z pewnością będzie miał problem ze stwierdzeniem, że to miasto powala na kolana. A dla mnie jest piękniejsza niż wszystkie paryże, rzymy i barcelony razem wzięte. Kocham jak swe nienarodzone dziecię i elo. Z różnych powodów, ale to przecież nie o Sofijce teraz.

Z jeziorem Atitlan, nad którym spędziłem 9 dni, mam tak, że oczywiście, jest tu pięknie i naprawdę podziwiam naturę za koncept stworzenia jeziora w takim miejscu. Ale tak na dobrą sprawę chyba dopiero w trakcie ostatnich dwóch dni jako tako to do mnie dotarło. Utopia zdewastowała mnie tak fizycznie, jak i mentalnie. W dodatku pierwszy dzień, spędzony w Panajachel – bramy wypadowej do pozostałych miejscowości wokół jeziora – to deszcz, ziąb i chmury, który zasłaniały każdy z trzech wulkanów. Na dobitkę – z hospodaje Santo Domingo w Panajachel (150 Q za pokój z bano compartido) przeniosłem się do hostelu Iguana Perdida w Santa Cruz (45 Q za łóżko w dormie). A tam – TAB SYSTEM, czyli taki system rozliczenia się z klientami, jaki mieli w Utopii (za nocleg, jedzenie, drinki, wycieczki i wszystkie inne atrakcje płaci się nie bezpośrednio, ale na koniec pobytu). Do tego stado Amerykanów i Kanadyjczyków, wieczorki integracyjne, a rano jajko na pięć sposobów. Deja vu. Czułem się, jakbym z tej jebanej Utopii nie mógł się wydostać.

Czyli rozumiecie, choćby z kranów leciał johny walkerer, a z nieba padał złoty deszcz – będę na nie. Sorry cię jezioro.

Po tamtej stronie jeziora jest zawsze lepiej

Tyle jeśli chodzi o narzekania człowieka trzydziestoletniego. Z konkretów wychodzi, że spędziłem nad Atitlanem 9 umiarkowanie upojnych nocy. Po krótkim pobycie w Panajachel, które zapamiętam przede wszystkim jako wielki bazar w różnych odsłonach (centrum to niekończące się stragany z barachłem dla turystów, trochę za nim – wielkie Mercado, gdzie przychodzą przede wszystkim miejscowi) przetransportowałem się do znacznie mniejszej wioski o nazwie Santa Cruz i do rzeczonego hostelu Iguana. Tab system tab systemem, ale hostelowi trzeba oddać, że pięknie się położył – nad samiutkim jeziorem, więc całkiem przyjemnie było rano pić kawę, mając taki widok:

jezioro-atitlan-widok-z-hostelu-iguana

Po drugiej stronie tego widoku znajduje się Santa Cruz. Jest położona na sporym wzniesieniu, więc wdrapanie się tam wymagało nieco wysiłku (można go było sobie oszczędzić, płacąc 5Q za tuk-tuka, czyli trójkołową minitaksówkę). Na górze atrakcji, które można by umieścić na Trip Advisorze specjalnie nie ma. No, może poza CECAP – programem aktywizacji zawodowej (?) miejscowej ludności. W sensie, tak rozumiem to, że uczą tam kobiety dziergać na maszynie do szycia ciuchy, dywaniki i takie tam szmatki. W siedzibie fundacji (?) znajduje się też kafejka Café Sabor Cruceño, gdzie można się napić czekolady. To podobno, bo nie piłem, nie wiem.

Przenosząc się do Santa Cruz, liczyłem trochę na chillout, jaki miałem w meksykańskim Ixtlan de Juarez, ale po takiej jednej wspinaczce wiedziałem już, że tak nie będzie. Przede wszystkim dlatego, że mój hostel był zupełnie odcięty od samej wioski, a codzienne wdrapywanie się kilkaset metrów mija się dla mnie z ideą chilloutowania. Poza tym sama wioska tego męczenia się specjalnie warta nie była. Kilkadziesiąt domków upchniętych na małej przestrzeni z raczej zamkniętymi na chudzielca z Polski ludźmi. Santa Cruz, do widzenia. Na kolejne kilka dnia zatrzymałem się w San Juan de Laguna. Taki ten pobyt był szalony, że wyszedł mi z tego osobny wpis.

Nie wierz tym, co wiedzą najlepiej

W trakcie tego kilkudniowego pobytu nad Atitlan odwiedziłem jeszcze trzy i pół miejscowości. Charakteryzują się m.in. tym, że są od siebie zupełnie inne. Czyś więc fanem nowoczesnej odmiany trójpolówki, czy rumu z colą – nad Atitlanem znajdziesz coś dla siebie.

  • Tzununa – chyba jedna z najmniejszych miejscowości nad Atitlanem. To właśnie tu swoją siedzibę ma permakulturalna farma o nazwie Atitlan Organic. Co to jest ta cała permakultura, dokładnie nie wiem, ale w ogólnym zarysie to taki pomysł na życie i gospodarowanie zasobami natury, który ma na celu ich zrównoważone wykorzystywanie i niewyjaławianie wszystkiego w tradycyjny, dziki sposób. Tu bez cienia ironii powiem, że koncept, by dzięki własnej pracy i wykorzystywaniu naturalnych zasobów być samowystarczalnym i odciąć się od trybu życia nastawionego na konsumowanie i nakręcanie PKB, bardzo mi się podoba. I choć oczywiście odwiedzenie tej farmy to był przede wszystkim pomysł Żony, nie uznałem go, w swoim stylu, za z góry od czapy.
    Farmę, którą od 7 lat prowadzi Amerykanin Shade, znaleźliśmy, szukając swojego workaway’a w Gwatemali. Ale że pierwsza odezwała się Utopia, skończyliśmy wśród ludzkiego, a nie zwierzęcego łajna. Ale co się odwlecze itd. Shade w każdy piątek o 10 oferuje darmowe wycieczki po swojej farmie, w trakcie których opowiada o historii tego miejsca i swoim pomyśle na życie i świat. Bardzo spoko koleś. Obawiałem się trochę, że będzie jednym z tych nawiedzonych i odklejonych od świata gringo, którzy będą cię straszyć globalnym ociepleniem i 10 latami smażenia się w piekle za każdą wypitą puszkę coli. Ale nic z tych rzeczy. Normalny typ, który po prostu chce żyć inaczej i robi to po swojemu. Bardzo inspirujące spotkanie. Żona od razu zapałała chęcią wolontariatu w tym miejscu. Mnie, jako rasowemu wieśniakowi, karmienie świnek i przerzucanie kurzych kupek w zamian za szamę i zniżkę na nocleg w pobliskim hostelu, aż tak się nie spodobało. Poza tym, po Utopii ciągle wzdrygało mnie na dźwięk słowa „wolontariat”. Zostawiliśmy sprawę otwartą.
  • San Pedro – czyli atitlańska Ibiza. Miasteczko przyciąga turystów bogatą siecią hosteli, restauracji, kawiarni w europejskim stylu i, podobno przede wszystkim, życiem nocnym na cztery fajery. Byłem tam dwa razy. W dzień, więc, czy nocą tam faktycznie sodomo i gomora się odprawia – nie wiem. Ale tak to faktycznie, dosyć tłoczne i głośne miasto, mnóstwo turystów i całe ulice z usługami na nich nastawionymi. Na pewno jest tańsze niż San Juan i daje większe pole manewru jeśli chodzi o sklepy czy miejsca do spania. Niemniej, dwie krótkie wizyty (z których jedna to z musu, bo w poszukiwaniu bankomatu) w pełni mi wystarczyły.
  • San Marcos – na różnych blogach mniej lub bardziej subtelnie pisze się o tej wiosce z odrazą i wyraźną ironią – że gringolandia, że hippisi, że zero autentyczności, że tu tylko joga, medytacje i new age… Zniechęcony tymi opisami, zupełnie nie miałem ochoty San Marcos odwiedzać. Stało się inaczej dzięki znajomym ze starej, dobrej Meztli School w Tulum, którzy właśnie w San Marcos znaleźli miejsce do rozbicia swojego namiotu i właśnie tu zaproponowali małe reunion.
    Wioska okazała się niezwykle spokojnym, pełnym zieleni miejscem. Ten spokój wręcz wyczuwało się w sanmarcoskim powietrzu. Pełen relaks, przyjemny parczek w centrum i najlepsza kawa, jaką piłem w Gwatemali – mnie więcej do szczęścia nie potrzeba. A i ceny nie były wyższe niż w sielskim San Juan. Wszystkie jogi, medytacje i europejskie kawiarnie są zgrupowane na kilku wąskich uliczkach niedaleko nabrzeża, więc jak komuś nie podoba się taki klimat, może spokojnie tę część wioski ominąć i nie oddychać tym zepsutym powietrzem.
  • San Pablo – to jest to pół miejscowości. Pół, bo w samej miejscowości w zasadzie nie byłem. Odwiedziłem jedynie plażę, która formalnie znajduje się w San Pablo. Z San Juan można dostać się do niej po półgodzinnym spacerze wzdłuż jeziora. Spacer to umiarkowanie przyjemny, bo brzeg Atitlanu jest dość mocno zaśmiecony. Piękne jezioro, ale bardziej do oglądania niż korzystania z jego uroków. Wąski kawałek lichej plaży w pobliżu San Pablo to wyjątek. Poza tym – skały, przystanie i śmieci.

No i to było mniej więcej na tyle. Atrakcji nad Atitlanem jest tyle, że spokojnie można by tam spędzić przynajmniej miesiąc bez poczucia nudy. Wspiąć się na szczyt nazywany Nosem Indianina, odwiedzić miasto Santiago, które słynie z czczenia staromajskiego bóstwa Maximona, zdobyć wulkan San Pedro, poza tym – nurkowanie, kajaki, szkoły hiszpańskiego, wycieczki kawowe i czekoladowe itp., itd. Przez chwilę taka wizja wydawała mi się naprawdę kusząca, ale tylko przez chwilę. Coś nie zaiskrzyło między mną a Atitlanem, więc nie było sensu ciągnąć tego związku dalej. Ale te 9 dni wystarczyło, żeby choć trochę podładować baterie, poznać kilka inspirujących osób i utwierdzić się w podejrzeniu, że z tą Gwatemala to jednak jest coś nie tak. Że akurat z najpiękniejszym jeziorem świata w tle – bardzo mnie miło.

Besos dla Was, celuvki za gwatemalskich copywriterów.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz