Ameryka moim okiem

Raz tu, raz ram pa pa pam

27 stycznia 2017

Halo, tu jesteśmy! Po dwóch tygodniach w miejscowości odciętej od internetów, telefonów, a czasami i elektryczności wróciliśmy na szlak i trochę na bloga. Siedzimy teraz w Granadzie, która okazuje się zupełnie inna niż malowali ją spotkani po drodze podróżnicy. Mam już za sobą kąpiel w rzece lawy, płynącej przez wulkan Masaya (TAK NAPRAWDĘ TO NIE) i spacery po urokliwych uliczkach tego kolonialnego miasteczka. Pomyślałem, że zanim pójdę się wykąpać w zwykłej wodzie (w sensie, że prysznic), skrobnę kilka słów o tym, co było i co będzie.

Nie zaglądałem tu dłuższy czas, bo najpierw, w Leon, byłem chory na głowę i przeziębienie, a potem na dwa tygodnie zaszyliśmy się w miejscowości El Lagartillo, gdzieś wśród bezkresnych wzgórz i łanów kukurydzy szlifowaliśmy swoje espanole (ale ten etap włóczykijstwa zostawię sobie na osobny wpis). Łącznie zrobiła się z tego całkiem spora przerwa w blogaskowaniu. Zbiegła się w czasie akurat z momentem zwątpienia w całe to JO-przedsięwzięcie: czy warto, czy ktoś to czyta, czy wystarczająco zabawne, jakie to w ogóle powinno być i przede wszystkim: po co to ma być. Nagle jakoś do mnie doszło, że całkiem sporo energii mi ten JO-projekt pochłania, a nie do końca wychodzi tak, jakbym sobie życzył. ZA MAŁO RAPU! Od nadmiaru słońca zapomniałem, że przecież ja się na tym podróżowaniu w ogóle nie znam, więc bez sensu są próby prowadzenia bloga w celebryckim stylu, z poradami i nadzieją, że konserwa turystyczna zacznie przynosić jakichś dochód zanim eksploduje nowym życiem, które się w niej rodzi. Bo przecież w gruncie rzeczy ta podróż jest mało celebrycka. Chyba uświadomiłem to sobie podczas tej nocy w El Lagartillo, gdy mikro-huragan otworzył drzwi do naszego pokoju i zasypał nas mieszanką ziemi i liści.

Dwa tygodnie bez żadnych mobilnych rozpraszaczy to dużo czasu na tego typu przemyślenia. Myślałem więc sobie dalej. Czy, tak jak sugerowało kilkoro znajomych, z tego mojego blogaskowania faktycznie wynika, że ciągle mnie tu coś nie pasuje? Że tylko narzekania i ból dupy? Przejrzałem parę ostatnich wpisów i faktycznie – jest trochę męczykoństwa. Nie wiem, czy za dużo, podróżowanie w gruncie rzeczy nie różni się od zwykłego życia, więc i dla nas nie zawsze kwitnie tu ananas. Ale zrozumiałem coś innego – że mam jakiś kłopot z zachwycaniem się i opisywaniem piękna, które tu widzę. A wierzcie mi, jest go tu całkiem sporo. Czasem najzwyczajniej w świecie brakuje mi słownictwa, żeby to oddać. I może podświadomie szukam tu krajobrazów Syfijki i Kiszyniowa, gdzie zawsze czuję się bardziej na miejscu. A tu ani specjalnie dzikie pieski nie szczekają dupami, ani cyganie nie tańczą kan-kana pod monopolowym stojącym obok przedszkola. Jak żyć? Chyba pozostaje przyznać, że piękno po prostu mnie onieśmiela. Z drugiej strony, być pierwszym podróżnikiem w historii, który przez 9 miesięcy włóczył się po najpiękniejszych zakątkach Ameryki Łacińskiej i wiecznie był z tego powodu niezadowolony – to by dopiero była heca! Kurka, ale nie będzie. Życie serio jest piękne i ta podróż serio jest piękna. Taka jaka jest – z moim marudzeniem, z narzekaniami, że znowu nie ma ciepłej wody i chyba cię pogięło, żeby nazywać te sprężyny powleczone gumą materacem, z wiecznymi kłótniami z Żoną o to, gdzie zjeść i czemu to znowu musi być ryż z fasolą. Wszystko jest na swoim miejscu. I chcę, żeby było też na tym blogaskowym pamiętniczku. Jakie życie, takie rap.

xxx

Fajnie było być odłączonym od świata przez te dwa tygodnie i być bardziej tu niż tam. Fajnie jest też wrócić na trasę – z nową energią i plecakiem pełnym nie tylko brudnych koszulek, ale też ekscytacji na to, co dalej. Nikaragua na razie nie dostarcza wielu powodów do narzekań 😉 Po upalnym i rewolucyjnym Leonie, wietrznym i niezwykle inspirującym El Lagartillo,  jesteśmy w kolorowej i zupełnie nie tak turystycznej, jak wszyscy mówili, Granadzie. Przed nami jeszcze jakieś dwa tygodnie w tym jedynym chyba w Ameryce Łacińskiej kraju, gdzie baseball jest popularniejszy niż piłka nożna. Potem króciutka wizyta w Kostaryce, oględziny Kanału Panamskiego (w sensie że Panama) i otwieramy nowy rozdział tej podróży do środka naszych głów: Ameryka Południowa. I najzwyczajniej w świecie jaram się jak dziki.

Besos Pysie, wróciłem!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz