Ameryka moim okiem Meksyk

Podróżnicza miesięcznica w Oaxace

10 listopada 2016

Pyk. Miesiąc podróżowania i siebie poszukiwania za mną. Jeszcze przed chwilą zastanawiałem się, na ile przydatne w tym procederze będą moskitiera, szara taśma i szybkoschnące majtochy, dziś z nostalgią i łezką w oku żegnam się ze stanem Oaxaca i jego leśną perełką, miasteczkiem Ixtlan de Juarez. Jeszcze miesiąc temu obie te nazwy znaczyły dla mnie tyle, co roczne zbiory fasoli w Burkina Faso (w sensie, że niewiele), dziś symbolizują pełnokrwiste, soczyste miejsca wypełnione cudownymi wspomnieniami, przedziwnymi sytuacjami i wspaniałymi ludźmi. W sensie: besos za to.

Miesiąc podróżowania, czy w zasadzie dwa tygodnie, bo przecież do połowy października siedziałem w jednym miejscu, to dużo i mało (jaki blog, takie odkrywcze prawdy). Z jednej strony, jak wszystko pójdzie zgodnie jako takim planem, przede mną wciąż FCHUJ czasu przedzierania się przez latynoskie bez i droża, z drugiej – mam wrażenie, że już te 4 tygodnie wystarczyły, żebym sporo na swój temat się nauczył, przynajmniej w kontekście podróżowania – tego, co lubię, a co mnie wkurwia, na czym mi zależy, a co wolę sobie odpuszczać. No i chyba trochę okrzepłem z tego pierwszego szoku po zderzeniu z meksykańską rzeczywistością – stresami związanymi z przemieszczaniem się, wypłacaniem PINIENDZY z bankomatów czy poszukiwaniem nielegalnych walk dzikich psów. To rzeczywiście nie jest takie trudne, jak to sobie wcześniej malowałem. A im mniej stresów, przeżywania i kłótni z Żoną o to, gdzie zjeść i za ile spać, tym więcej eee (ENJOY, EXCITED, ESTUPENDO).

Ixtlan de Juarez – tam, gdzie chrzcili Benito, a ja znalazłem spokój

Pierwsza podróżnicza miesięcznica wypadła mnie w Ixtlan de Juarez – miasteczku położonemu jakieś 65 km na północ od Oaxaki (ok. 2,5 godz. autobusem za 45 M$ od osoby). To raczej takie umiarkowane must see stanu, w którym przebywałem, ale spodobała mi się idea górskiej mieściny, w której największą atrakcją jest poranne wyjście do sklepu po bułki czy wieczorne obserwowanie zachodu słońca.

Ixtlan leży na ekoturystycznym szlaki Ruta de Juarez. W centrum miasteczka znajduje się oczywiście katolicki kościół, który wyróżnia spośród setki okolicznych tym, że był w nim chrzczony zasłużony dla meksykańskiej historii prezydent Benito de Juarez. Najprościej dostać się tam można z dworca Central (Second Class Bus Station) położonego na ulicy Central de Abasto – ja jechałem liniami Benito de Juarez, autobus odjeżdżał o 13. Na miejscu spałem w hotelu Solidad, umiejscowionym nieco za zocalo i kościołem – 160 M$ za osobny pokój (jak na razie, nie licząc pryczy w CDMX i darmowego spania u familii w Puebli – mój najtańszy nocleg).

Spędziłem tam z Żoną cztery dni i jak na razie były to dla mnie najlepsze cztery dni tej Podróży. Fantastyczne położenie fantastycznym położeniem, najbardziej ujął mnie w Ixtlanie spokój i to, że choć byliśmy turystami pierwszej wody, czułem się tam zupełnie na miejscu. Przez chwilę mogłem żyć w rytmie tego miasteczka, rano chodzić sobie na tamalesa z ciepłym mlekiem, w ciągu dnia siedzieć na zocalo i obserwować przyjazdy i odjazdy autobusów, a popołudniu przejść się na finał miejscowego pucharu w kopaną. Zobaczcie tylko, jak położone jest boisko w Ixtlan, a każdy kto choć trochę ceni finezję w piłce nożnej od razu zrozumie moje zauroczenie tym miasteczkiem.


Na miejscu była nawet szalona, jeśli spojrzeć na dotychczasowe aktywności sportowe moje i Żony, wspinaczka na jeden z okolicznych szczytów ixtlańskich. 4 godziny pod górę i zakwasy pierwszej klasy następnego dnia ani na moment nie zmąciły radości i poczucia, że wszystko jest na tak, jakie miałem w trakcie tych miniwakacji. Widok z góry i magiczny lasek, które na nas czekały po tej wspinaczce, wynagradzały wszystko. I jak cię mogę Jezusku miły, dawno nie miałem takiej satysfakcji z czegokolwiek.

Och, Oaxaca!

I serio z chęcią bym się w Ixtlanie zaszył na miesiąc i żył sobie takim wieśniaczym życiem: zaangażował się w treningi miejscowego Depertivo, nauczył wyplatać kosze i smażyć świnię na 300 sposobów, ale wiadomo: PODRÓŻ. W ręku były już bilety do San Cristobal de Las Casas i stanu Chiapas, a na horyzoncie czai się Gwatemala, gdzie od 22 listopada będę pracował w hostelu (YOLO), no więc ze lekkim smutkiem trzeba było opuszczać miłe ixtlańskie progi. Droga do San Cristobal wiedzie przez miasto Oaxaca, więc wróciłem tam jeszcze na jedną noc, którą spędziłem w hostalu Santa Isabel (ul. Mier y Tieram, nieopodal Bazyliki Solidad) poleconym mi kilka dni wcześniej przez jakiegoś nieznajomego typa na ulicy.

Już zapomniałem, jakie to miłe uczucie dokądś wracać. Przez ostatni miesiąc każde wysiadanie z autobusu czy samolotu wiązało się z szukaniem, błądzeniem, pytaniem. Drugi przyjazd do Oaxaki – mimo że za pierwszym razem byłem tu przecież tylko kilka dni – był przyjemny jak dotyk ręcznika wypranego w Cocolino. Z dworca na Miery y Teran doszedłem w ogóle nie zastanawiając się, gdzie iść, skręcić itd. Pycha.

Hostal St. Isabela okazał się bardzo ciekawym miejscem – cena więcej niż znośna (200 M$ za osobny pokój), a w środku – gabinet osobliwości. Nie wiem do końca, na jakiej zasadzie to działa, ale St. Isabel ściąga do siebie najrozmaitszych artystów, hippisów i backpackerskich wykolejeńców. Podczas tej jednej nocy poznałem m. in. niesamowitego meksykańskiego rapowego freestyle’ra, który uświadomił mi, że jednak nad swoimi rymami muszę jeszcze popracować, jego ziomka, czekającego w hostelu na moment, w którym wewnętrzny głos powie mu, że już czas udać się na medytację, czy Francuza, który czasami coś mówił, a czasami wolał namalować w powietrzu, o co mu chodzi. Czułem się w tym towarzystwie trochę od czapy, ja szary bułgarski polaczek, ale z perspektywy czasu myślę sobie, że w zasadzie nie ma osoby, która by tam nie pasowała. Komuna w stanie czystym, do tego w oparach goudy i marinuaen. MEKSYK!

St Isabel

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz