Ameryka moim okiem Nikaragua

Pearl Lagoon – tu, gdzie powietrze pachnie jak malinowa mamba

22 lutego 2017

Pamiętacie taką dziką wersję „Piotrusia Pana” ze śp. Robinem Williamsem, którą nakręcił Spielberg? Piotruś jest tam starym zgredem, który zapomniał, że jest Piotrusiem. Teraz to korposzczur, własne dzieci go nie lubią, a gdy dzięki Dzwoneczkowi, którego gra Julia Roberts, wraca do Nibylandii, by rozprawić się z kapitanem Hookiem – chuj, okazuje się, że zapomniał też, jak się lata, a bez tego to nawet z muchą w kiblu nie będzie w stanie się uporać. Aby tę zdolność odzyskać, musi przypomnieć sobie jedną szczęśliwą myśl ze swojego życia. Gdybym po tej podróży miał wybrać jedno wspomnienie/miejsce, które tak mnie uskrzydla, pomyślałbym o Pearl Lagoon.

Perłowa Laguna to ta mniej oczywista destynacja na karaibskim wybrzeżu Nikaragui. Dużo większym wzięciem cieszą się dwie wyspy kukurydziane (Little i Big Corn Island). Widoki są tam podobno więcej niż rajskie. Ale jest jeden haczyk – żeby się na nie dostać, trzeba przecierpieć 6-godzinny rejs niewielką łódką po otwartym morzu. Dosłownie przecierpieć. Podobno nie ma takiego mocnego, który po maks dwóch godzinach nie zacząłby pozbywać się z żołądka wszystkich zjedzonych podczas pobytu w Nikaragui treści. Trudno o bardziej wymowną wizualizację powiedzenia per aspera ad astra („przez cierpienia do gwiazd”). Istnieje co prawda alternatywa dla tej przymusowej kuracji oczyszczającej (awionetka Managua-Blufields-Big Corn Island), ale to już opcja dość luksusowa. Czyli jak zwykle trzeba wybierać: mieć czy być sponiewieranym przez los.

Ale o tym festiwalu rzygozy piszę w ramach ciekawostki (ciekawostką jest bowiem, że w żadnym przewodniku czy blogu nikt o niej nie pisze). Że tak ta droga wygląda dowiedziałem się już w Perłowej Lagunie, czyli o tym, że nie odwiedzimy wysp z kukurydzy zdecydowało co innego. Po obleganych przez turystów Granadzie i Ometepe chcieliśmy ominąć kolejne pełne obcokrajowców miejsce. W Pearl Lagoon backpackerski biznes wciąż raczkuje. Można co prawda bez większego problemu znaleźć tam miejsce do spania, ale już pozostała infrastruktura typowa dla miejsc znanych z Lonely Planet (bary, dyskoteki, ATM-y, sklepy z pamiątkami itd.) praktycznie nie istnieje. A nic nie zachęca mnie do odwiedzenia danego miejsca bardziej niż zdanie „nie ma tam zbyt wielu rzeczy do roboty”.

Droga do Pearl Lagoon

Ale żeby zobaczyć na żywo inne oblicze Nikaragui i poczuć w brodzie karaibski klimat również trzeba było się trochę natrudzić, wstać o 4 rano i kilka razy zmieniać środek transportu. W naszym przypadku wyglądało to tak:

  • 5:30 – autobus z Balgue do Moyogalpy (1,5 ha)
  • 7:00 – łódka z Moyogalpy do Rivas (2 ha)
  • 9:00 – autobus z Rivas do Managuy (2 ha) 
  • 11:30 – autobus z Managuy do El Ramy (7 ha)

Łącznie jakieś 13 godzin w drodze, w zasadzie bez przerwy. Pierwotny plan był taki, żeby zatrzymać się na noc w Managui, w której też podobno nic ciekawego nie ma, zrobić jakieś zakupy, poszukać magnesów itd. Ale półgodzinna podróż taksówką z jednego końca miasta na ten, gdzie znajdował się nasz potencjalny hostel, uświadomił nam, że to miasto to faktycznie kupa. A jak pani w hostelu powiedziała, że nie mają internetu i niedaleko jest kafejka internetowa, ale lepiej i bezpieczniej nie iść tam na własnych na nogach, a już na pewno nie z żadnymi kosztownościami, szybko zawinęliśmy się na dworzec autobusowy i wsiedliśmy w pierwszy autobus do El Ramy.

Ale to nadal nie był koniec przedzierania się na atlantyckie wybrzeże Nikaragui 🙂 Po nocy w El Ramie (o której trudno napisać coś ciekawego, w sensie zarówno o mieście, jak i o nocy) ok. 12 wsiedliśmy w pangę (małą łódkę) do Bluefields – karaibskiego portowego miasteczka, stolicy Regionu Autonomicznego Atlántico Sur. Kolejne 4 godziny średnio komfortowej jazdy. Od Perłowej Laguny dzielił nas już tylko jeden odcinek – jakieś dwie godziny w kolejnej pandze, ale uznaliśmy, że będziemy sobie te wodne przyjemności dozować i zatrzymaliśmy się w Bluefields na jedną noc. 

Ciekawostka: nazwa miasta wzięła się od holenderskiego pirata Abrahama Blauvelta, który w XVII stuleciu eksplorował i łupił tę część Ameryki Środkowej.

Satta massagana z głośników, a nie labamba

Następnego dnia hyc do pangi o 6 rano i po dwóch godzinach dzikiej jazdy i pogody, która zmieniała się mniej więcej co 15 minut, dotarliśmy do Perłowej Laguny. Czyli ogólnie to jest taka opowieść z gatunku: za siedmioma górami i czternastoma rzekami.

To zupełnie inny świat. Po czterech miesiącach w Ameryce Łacińskiej przenieśliśmy się do miejsca, gdzie mówi się po angielsku, dominuje ludność czarnoskóra, na obiad je się chleb i żółwie, a na ulicach słychać dźwięki reggae. Reggae i cała związana z nią kultura dominuje w przestrzeni Perłowej Lagunie. Rastamani, zielono-żółto-czerwone kolory, rum, koszulki ze zwycięskim lwem Syjonu czy wizerunkiem Boba Marleya – wszystko to jest w Perłowej Lagunie tak naturalne, jak napisy „jebać Polonię” i psie kupy w Warszawie. Obrazki, jakie możesz kojarzyć trochę z filmów o Jamajce, a trochę z tych o południowych stanach USA (Alabama, Missisipi itp.) – ludzie zwracają się bowiem do siebie albo poprzez określania „bracie/siostro”, albo „mamuśko/tatuśku”. Wszyscy Pedrowie, Estabanowie i Ramirezi zmienili się w Georgów, Orlandów i Timów. Byliśmy w Perłowej Lagunie tylko trzy dni, ale przez cały czas chodziłem z oczami i japą otwartymi tak szeroko, jakbym nagle znalazł się na Marsie.

Gdy decydowaliśmy o kierunku naszej podróży jednym z argumentów za ograniczeniem się „jedynie” do Ameryki Łacińskiej była stosunkowa homogeniczność tego obszaru. Wiadomo, że co kraj, to obyczaj, ale jednak Meksyk nie różni się od Salwadoru tak bardzo, jak od Tajlandii czy Mozambiku. I faktycznie, z jednej strony przyjemnie było przez 4 miesiące poruszać się po w miarę zbliżonych kulturowo, językowo itd. krajach, bez konieczności uczenia się ciągle na nowo odmiennych wzorów zachowań, kodów społecznych i tego wszystkiego, co dla danego regionu specyficzne. Z drugiej strony po takim czasie poszczególne krajobrazy i twarze zlewają się w jedną całość i nie zaskakują już tak jak zaraz po przybyciu do Nowego Świata. Dlatego przyjazd na karaibskie wybrzeże Nikaragui był jak powiew świeżości, to było coś zupełnie innego, ekscytującego i nowego. A jednocześnie żeby się tu znaleźć nie trzeba było zmieniać kontynentu czy nawet kraju!

Perły w koronie

Ale turyści nie tłukliby się taki kawał, gdyby w Pearl Lagoon można było jedynie słuchać reggae i pić rum. Wioska stanowi najlepszą bazę wypadową do Pearl Cays – grupy 18 wyspek położonych 35 km od Laguny. Każda z nich mogłaby stanowić ilustrację do encyklopedycznego wpisu na temat rajskich, koralowych wysp. Białe plaże, krystalicznie czysta, turkusowa woda, palmy… Bajka. A w bajkach, jak wiadomo, musi być też czarny charakter. W tym wypadku jest to Peter Tsokos, Amerykanin greckiego pochodzenia, który, wykorzystując jakieś luki w nikaraguańskim prawie (o szok, są takowe!), kupił 7 wysp perłowych za łączną sumę 20 tys. $ (sic!). I potem zaczął je sprzedawać bogatym Amerykanom, Brytyjczykom i Francuzom za +/- bańkę ($) każda. Nikaraguański rząd walczy teraz w sądzie o odzyskanie praw do swoich ziem, ale jeśli miejscowi adwokaci są tak samo skuteczni jak lokalna policja – gratuluję Tsokosowi biznesu życia.

Cała ta sprawa jest smutna przede wszystkim z punktu widzenia mieszkańców Laguna de Perlas i okolicznych wiosek zamieszkiwanych przez społeczności Miskitów i Garífuna. Teraz nie mają już prawa wykorzystywać wysp jako bazy wypadowej na połowy ryb i żółwi (to może akurat i dobrze), jak to czynili przez setki lat. Powstają na nich hotele, spa i inne tego typu atrakcje. Bezludne wyspy stają się coraz bardziej ludne.

Miskito

Ostatniego dnia naszego pobytu w Perłowej Lagunie wybraliśmy się spacerkiem do pobliskiej wioski Awas, zamieszkanej przez ludność Miskito – społeczność od wieków zamieszkującą atlantyckie wybrzeże Hondurasu i Nikaragui (zwane tu zresztą Miskito Coast). W XIX w. udało im się nawet stworzyć na terenie tego drugiego kraju quasi-niepodległe państwo.

Trochę chcąc nie chcąc spędziliśmy tutaj przedpołudnie w towarzystwie lokalnego samozwańczego przewodnika, pana Orlando, który zaprowadził nas do swojego domu, zapoznał z liczną rodziną i opowiedział trochę na temat Awas i jego mieszkańców.

No i taka to była moja Nibylandia. Co było potem – wiecie z wpisu na temat Juigalpy. Bajka się skończyła i wróciła labamba. C’est la vie!

Besos dla tego wszystkiego, co piękne w życiu, celuvki za celność w łapaniu takich miejsc i chwil!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz