Ameryka moim okiem Kolumbia

9 dni samotności. Część 2: nożownik z Barranquilli

7 marca 2017

A więc karnawał w Barranquilli – druga największa tego typu impreza we wszechświecie. Zdaję sobie sprawę, jak to wygląda z perspektywy trzeciej osoby: wyrwał się chłop z małżeńskich kajdan i poszedł w tango (czy raczej, w tym przypadku, salsę HUE HUE). Życie pełne jest klisz i banałów. Te związane z małżeństwem kopiuję i powielam od samego ślubu, więc, że tu trafia się taki samograj – w to mi graj.

Ale wiadomo, jest prawda czasów i prawda ekranu. Prawda czasu jest taka, że o karnawale dowiedziałem się jakoś tydzień wcześniej, a że, jak wspomniałem, to jedno z najpopularniejszych wydarzeń na ziemi, sobotnim rankiem zmierzam do Barranquilli bez wiary w znalezienie jakiegokolwiek miejsca do spania, za to z planem obejrzenia parady, wypicia kilku piw i zwinięcia się do pobliskiej Santa Marty.

Na dworcu w Kartagenie poznaje Juana Carlosa – pana w średnim wieku, który widząc moje zagubienie, bierze mnie pod swoje skrzydła i pomaga sprawnie znaleźć odpowiedni autobus. Zmierza w tym samym kierunku, więc mam zapewnione towarzystwo na dwugodzinną podróż do Barranquilli. Juan Carlos okazuje się antropologiem na stałe mieszkającym w Wenezueli, gdzie pracuje jako wykładowca akademicki (jak widać problem z pracą w zawodzie po etnologii jest dość uniwersalny). Podróż mija więcej niż przyjemnie i ok. 11 jesteśmy już w Barranquilli. Jako że córka Juana Carlosa ma występować na paradzie, zmierzamy w jednym kierunku i w dalszym ciągu trzymamy się razem.

Całe miasto żyje karnawałem. Co rusz zaczepiają nas dzieciaki wysmarowane węglem czy tam pastą do butów (w sensie, że diabły) i proszą o pesosy. Muzyka dudni z każdego domu, na ulicach kolorowo poprzebierani i umalowani ludzie piją piwo i zmierzają tam, gdzie my – do ul. 40, gdzie o 12 ma ruszyć wielka parada. Z każdym metrem tłum gęstnieje. Ale prawdziwe szaleństwo zaczyna się dopiero na miejscu. Rzeka ludzi płynie wzdłuż barierek odgradzających trybuny od reszty ulicy. Oczywiście nie mam żadnego biletu, ale skoro Juan Carlos pruje do przodu, to ciągnę za nim, może gdzieś dalej da się je nabyć. Jest tak głośno, że nawet nie mam, jak zapytać go, jaki jest jego plan, tym bardziej, że co chwila znika mi z oczu. W końcu dobijamy do jakiejś bramki (w zasadzie Juan wpierdala się bezpardonowo w kolejkę, która ciągnie się pewnie jakiś kilometr), gdzie chuj, słyszę, że nie wejdę ze swoim plecakiem i wodą. W zasadzie czuję ulgę. Z całą sympatią do mojego przewodnika, ale przebywanie z nim zaczęło już mnie trochę męczyć. Nigdy w życiu nie musiałem z kimś gadać przez trzy godziny po hiszpańsku. Poza tym jestem głodny i potrzebuję wi-fi. Ciągle mam bowiem nadzieję, że uda mi się spotkać z Heidi, tej od kursu hiszpańskiego, i jej znajomymi, którzy też są na karnawale. Żegnam się więc z Juanem Carlosem (wymieniliśmy się numerami telefonów, więc może uda mi się z nim spotkać przed wyjazdem z Barranquilli) i ruszam w długą drogę powrotną.

Zgniotą mnie, kurwa zgniotą mnie! – myślę w pewnym momencie. Ludzi jest tak dużo, a uliczka wzdłuż barierek tak wąska, że przed oczami stają mi te wszystkie historie o tragediach na źle zabezpieczonych imprezach masowych. Ale uff, w końcu udaje mi się wyrwać z tego dzikiego tłumu i odbić w trochę spokojniejszą uliczkę. Poszukiwania jakiejś knajpy z wi-fi zajmują mi dobrą godzinę. Spacer po mieście uświadamia mi, że Barranquilla należy do grupy tych średnio interesujących. Ogromne, wszędzie remonty, „Parque Central” to tutaj centrum handlowe, a „Centro Historico” – jakieś zakłady przemysłowe. Dobra, ale karnawał! Nawet jednego zdjęcia nie zdążyłem cyknąć, głupio tak stąd wyjeżdżać bez choćby takiej pamiątki. Po obiedzie (Heidi oczywiście się nie odezwała) wsiadam więc w busa do centrum i jeszcze raz próbuję zaatakować centralne miejsce wydarzeń. Wracam i łup – cisza, nie słychać muzyki, ludzi jakieś 10x mniej. Cholerka, ile mnie nie było? Patrzę na zegarek. Trochę przed 16. Podchodzę do jakiegoś ochroniarza i pytam, o co chodzi. – Przerwa w karnawale. Koncerty zaczną się o 17:30. No tak. Wyjeżdżać już – nie wyjeżdżać? Dobra, jeszcze jedna rundka wokół Mercado, zrobię kilka fotek, może spotkam jakieś diabły i sruuu do Santa Marty.

To miasto to serio paździerz. Ostatni raz taki syf widziałem w Santa Anie w Salwadorze. I nie chodzi o to, że karnawałowe śmieci. Bazar ciągnie się kilometrami. Ale w końcu udaje mi się dojść do w miarę przyjemnego placyku z katedrą. Robię parę fotek. Jakiś dzieciak podaje mi piłkę. Oddaję, a on znowu. Kopiemy tak kilka minut, w końcu do niego podchodzę i mówię, że jestem Jacek z Polski, jak Robert Lewandowski. Ku mojemu oburzeniu nie kojarzy Lewego. „Co z ciebie za fan piłki, leszczu”, myślę sobie. Żegnam się z małoletnim dyletantem i ruszam dalej, w kierunku innego dużego kościoła. Wychodzę na jakąś dużą ulicę, oczywiście też usłaną bazarem. Kilka fotek umiarkowanie-ładnej-świątyni i w drogę. Myślę sobie, że może by warto jeszcze coś zjeść przed podróżą, bo widzę, że z karnawału nici, gdy nagle ktoś łapie torbę, w której trzymam aparat. W pierwszej sekundzie myślę, że to znowu jakiś karnawałowy kawalarz, ale szybko dochodzi do mnie, że właśnie ktoś próbuje mnie okraść.

Koleś coś krzyczał, szarpał za torbę, ja rzucałem w jego stronę jeszcze głośniejsze „NOOOO!”. Nie wiem, czy którykolwiek z nas wypowiadał jakieś logiczne zdania. Jeden wielki krzyk, adrenalina i wściekła twarz napastnika. Szarpanina trwała pewnie nie więcej niż 30 sekund. Wtedy on wyciągnął nóż i świat na chwilę się zatrzymał.

Dwa, może trzy szybkie dźgnięcia w ramię. Szok, nawet nie przerażenie. Złodziej odbiega z prędkością Usaina Bolta w boczną uliczkę. Wydaje mi się, że poza nim nic i nikt więcej wokół mnie się nie porusza. Szum, szum, krzyk, hałas i nagle pstryk, cisza. Zupełnie jak na filmach, w których główny bohater zostaje postrzelony i zanim upadnie na ziemię, zdąży jeszcze dotknąć ze zdziwieniem miejsca, w które oberwał. Patrzę na ramię. Krew. Ktoś podaje mi okulary. W trakcie szarpaniny musiały mi spaść z głowy. Z wolna zaczynam dostrzegać osoby dookoła mnie. Kobieta od okularów ma wystraszoną twarz, nic nie mówi. Nikt nic nie mówi. W końcu podchodzi do mnie dwóch chłopaków. Poruszają ustami, ale zupełnie nie wiem, o co im chodzi. Ciągle jestem zszokowany tym, co przed chwilą się stało. Ale po chwili zaczynam rozumieć. Pytają mnie, czy wszystko w porządku, gdzie jest mój hostel, czy jestem sam. Jeszcze raz sprawdzam ramię. Boże, na szczęście to tylko lekkie, płytkie dźgnięcia. Oprych trafił w najbardziej kościstą część mnie. O kurwa, o kurwa, o kurwa, ktoś dźgał mnie nożem. Myśli wirują jak oszalałe. „Chcę tylko stąd wyjechać, nie mam hostelu, chcę jechać do Santa Marty” – wyjaśniam drżącym głosem. Maxwell i Jonathan, bo tak mają na imiona chłopaki, mówią, że mogą mnie zaprowadzić w bezpieczne miejsce i zadzwonić po taksówkę. Przez chwilę waham się, czy im ufać, ale nie bardzo mam wybór. Tym bardziej, że, jak mi wyjaśniają, znajdujemy się na bardzo niebezpiecznej ulicy, Calle 30. Idziemy do sklepu, w którym pracuje jeden z nich. W środku jest ochroniarz i z 10 innych osób. Wszyscy z jednej strony mi współczują i pytają, jak do tego doszło, a z drugiej powtarzają, że to groźna ulica i nie powinno się nią chodzić. „Teraz wiem” – rzucam gorzko i myślę sobie, że dziękuję za takie świetne rady po fakcie. Bardzo kurwa przydatne.

Jonathan mówi, że jego dziewczyna prowadzi hostel w oddalonej o 15 km od Barranquilli miejscowości Puerto Colombia i jeśli chcę może tam zadzwonić i zapytać, czy mają miejsce. „Jeśli tylko tam jest bezpiecznie, bardzo proszę”. Na zewnątrz powoli robi się ciemno. Ochroniarz zamyka kratę od sklepu na klucz. Ktoś podaje mi wodę. W hostelu jest wolne miejsce, Jonathan jest tak uprzejmy, że dzwoni też po zaprzyjaźnionego taksówkarza i udostępniania mi internet. A nuż Heidi się odezwała? Chuja. Sprawdzam, czy ktoś jest aktywny na Messengerze. Oczekiwanie na taksówkę przeciąga się, a ja mam w głowie tylko: kurwa, kurwa, kurwa, ktoś dźgał mnie nożem. Adrenalina ze mnie już dawno zeszła. Zastąpił ją strach i myśli, co by było gdyby… W Polsce dochodzi 2 w nocy, ale okazuje się, że Andrzej ciągle przed kompem. Jak zawsze niezawodny. „Andy, 30 minut temu ktoś zaatakował mnie nożem, w biały dzień NOŻEM, rozumiesz?! – piszę trochę do niego, a trochę do siebie, bo sam tego do końca nie kumam. Gadamy przez prawie pół godziny, do momentu przyjazdu taksówki. Uff, uff, uff, wszystko jest ok, jestem cały, nic się nie dzieje. Stopniowo schodzi ze mnie cały stres. Jestem tak wdzięczny tym wszystkim nieznanym facetom, że nie robi na mnie żadnego wrażenia fakt, że taksówkarz przed kursem w ciągu 5 sekund wychyla całe piwo. Cieszę się, że za chwilę nie będzie mnie na tym jebanym bazarze, że gdzieś tam czeka na mnie łóżko i możliwość odpoczynku. Cieszę się, że jestem cały, niczego mi nie ukradli i nie jestem w tej sytuacji zupełnie sam.

Moja koszulka po starciu z nożownikiem


Gdyby ktoś kiedyś potrzebował przykładów do wyjaśnienia powiedzonka „szczęście w nieszczęściu”, to zapraszam. Nigdy w życiu nie miałem sytuacji, do której lepiej pasowałoby to określenie niż historia z nożownikiem z Barranquilli. Z jednej strony nigdy w życiu nie spotkało mnie coś takiego. Nigdy w życiu nikt nie potraktował mnie nożem. I wciąż trudno mi w to uwierzyć. Bo biały dzień, bo mnóstwo ludzi, bo kościół… Z drugiej strony – gdyby nie to zdarzenie, nigdy nie poznałbym Jonathana i Maxwella, nigdy nie trafiłbym do Puerto Colombia i wreszcie – nigdy nie zaznałbym PRAWDZIWEGO, dzikiego karnawału. Bo ostatecznie taki był finał tej historii.

Backpackers Hostal Villa Karejo okazał się rewelacyjnym, cichym i spokojnym miejscem, prowadzonym przez dziewczynę Jonathana i jej mamę. Poznałem tam świetne osoby, z którymi następnego dnia wróciłem do Barranquilli i bawiłem się jak za najlepszych erazmusowych czasów. Chociaż mój pierwotny plan był taki, żeby z samego rano zwiewać do Santa Marty, zdecydowałem się zostać i dać karnawałowi drugą szansę. Nie chciałem być znowu zupełnie sam w nowym miejscu, o którym zresztą usłyszałem, że jest równie niebezpieczne co Barranquilla. Może z braku laku, a może dlatego, że przyjaciół poznaje się w biedzie, ludzie z hostelu szybko stali się najlepszymi kompanami podróży, jakich mogłem sobie wymyślić.

Powiedzieć, że wyjeżdżałem z Barranquilli z mieszanymi uczuciami, to nic nie powiedzieć. Dziki czas, absolutnie dziki. Nigdy nie przeżyłem takiej amplitudy nastrojów i doświadczeń. Tego wieczoru, gdy zamknięty w jakimś sklepie, wśród obcych ludzi czekałem na taksówkę, miałem myśli podobne jak po kradzieży w Juigalpie – wracać do domu. Starczy już, najwyraźniej los daje mi jakieś znaki. Najpierw kradzież, potem nóż. Co będzie następne? A potem przyszedł kolejny dzień i festiwal śmiechu i radości. Życie jest przewrotne i składa się z sumy pierdyliarda przypadków. Choćbym nie wiem, jak się starał, choćbym nie wiem, jak NA SIEBIE UWAŻAŁ, nie mam na to wpływu.

Dziś jak myślę o tym zdarzeniu z Barranquilli, to z jednej strony ciągle przeżywam, co by było, gdyby, a z drugiej – myślę sobie, że miałem szczęście też dlatego, że spotkałem nożownika-idiotę. Skoro miał nóż, zamiast dźgać mnie w ramię, mógł odciąć pasek od aparatu i mieć aparat. No ale, co ja tam się będę wymądrzał i podpowiadał złodziejom, jakże mają wykonywać swój fach. Podróż trwa, niewątpliwie zmierza ku końcowi, ale wciąż trwa. Ta przygoda uświadomiła mi, jak bardzo tęsknię do zwyczajnego poczucia bezpieczeństwa, tego, że wszystko jest tak banalnie proste i naturalnie zrozumiałe. I może trzeba było przeżyć starcie z nożownikiem z Barranquilli, żeby zrozumieć sens jeszcze jednego powiedzonka: „wszędzie dobrze, ale wiadomo, gdzie najlepiej”.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz