Ameryka moim okiem Peru

Nie tylko Cuzco i Machu Picchu, czyli rzecz o pięknie środkowego Peru

10 maja 2017

4:30 rano, połowa drogi między Huancavelicą a Ayacucho. Z umiarkowanie głębokiego snu budzi mnie oburzony głos kobiety siedzącej za mną. Mówi chyba coś, że zaraz trzeba będzie zmienić autobus. Nie za bardzo mnie się to zgadza – przecież to miał być bezpośredni kurs. Poza tym jesteśmy pośrodku niczego, za oknem ciemno choć oko wykol, gdzie tu miejsce na przesiadkę? Ale faktem jest, że stoimy w miejscu. Coś się dzieje. Rozglądam się wokół – żona śpi, z tyłu autobusu stoi kilku facetów. Po chwili ktoś z przodu krzyczy, żeby wszyscy varones (mężczyźni) wyszli na zewnątrz. Kurwa, napad? Gdzieś czytałem, że na tej trasie zdarzają się takie hece. Czyli co, jednak nie da się oszukać przeznaczenia? W Kolumbii dwa razy się wywinąłem, aż w końcu cały pozostały dobytek przyjdzie mi stracić tu, na górskiej drodze gdzieś w środkowym Peru?

Na „szczęście” nie chodzi o napad. „Szczęście”, bo sytuacja i tak nie jest za wesoła – autobus utknął w górskim strumieniu. Faceci są potrzebni, żeby wspomóc konie mechaniczne. Próbujemy dobrą godzinę. Nic z tego, bus zakopał się na amen. W końcu, zrezygnowani i przemarznięci, wracamy do środka. Będziemy musieli poczekać jeszcze dobrą godzinę na pomoc. W międzyczasie nad górskim strumieniem i „tonącym” autobusem wschodzi słońce. Teraz widzę, że z lewa i prawa otaczają nas andyjskie ośnieżone szczyty. Oja, w życiu nie uczestniczyłem w incydencie drogowym w piękniejszych okolicznościach przyrody. Takie właśnie jest środkowe Peru – nawet tak wkurwiające zdarzenie jak prawie 3-godzinne opóźnienie autobusu okraszone jest zapierającymi dech w piersiach widokami.

Huancayo

Złożyło się tak, że zarówno w Casie Maracuyi, jak i w mojej chatce w dżungli jedynymi książkami po angielsku były przewodniki Lonely Planet. Że czasu na planowanie podróży po naładowaniu akumulatorów miałem tam sporo, udało mi się sklecić całkiem ciekawie zapowiadającą się trasę, której finałowym punktem będzie Cuzco. Bo Peru to wiadomo – Machu Picchu; a jak Machu Picchu to Cuzco. Ale hola, hola! Przecież Peru to nie tylko te najsłynniejsze ruiny i miasto kolonialne świata. Z tą myślą w głowie ruszyliśmy w długą podróż z Pucallpy do Huancayo – pierwszego przystanku na trasie off the beaten path.

Po zaskakująco niemęczącej, 18-godzinnej jeździe komfortowym autokarem Turismo Central, wylądowaliśmy w centrum Huancayo. A stąd już tylko rzut beretem do polecanego przez Wikitravel hotelu Confort, który również okazał się wyjątkowo… komfortowy (HUE HUE HUE).

Huancayo to stolica i największe miasto regionu Junin w środkowych Andach. Leży na wysokości 3 259 m n.p.m. (a już na przykład Rysy mają tylko 2 499 :/) i mieszka tu ok. 400 tys. osób.

Wysiadasz w tym Huancayo i myślisz sobie „hmmm, nic dziwnego, że turyści tu nie zaglądają”. No bo miasto do jakichś wybitnie urokliwych nie należy. Architektura raczej współczesna niż kolonialna, na ulicach ruch typowy dla dużych ośrodków miejskich, a główny plac (Plaza de la Constitución), jedna z największych atrakcji – w przebudowie. A jednak kilka chwil wystarczy, żeby poczuć się tu dobrze. Jakoś tak. Zwykłe miasto, zwykli ludzie, zwykłe życie, zwykłe pojazdy (nie ma mototaksówek!). A wszystko otoczone NIEZWYKŁYMI andyjskimi szczytami. Jeśli ktoś więc szuka mniej oczywistego, bardziej „autentycznego” oblicza Peru, to kilka dni w Huancayo to doskonały pomysł. Poza tym, szybko można się przekonać, że ciekawych aktywności jest tu znacznie więcej niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać.

Feria Dominical

W każdą niedzielę w centrum miasta odbywa się uliczny market, na którym jest WSZYSTKO: ciuchy, buty, żarcie, które widzisz pierwszy raz w życiu, zioła na każde schorzenie, turystyczny badziew, lokalne dzieła sztuki, garnki, mydło i morele. W przeciwieństwie do słynnego marketu w Pisac koło Cuzco w Sacred Valley nie jest więc to bazar nastawiony wyłącznie na turystów. I nie chodzi tylko o asortyment. Sprzedawcy nie nagabują cię na każdym kroku, wciskając swoje wyroby, przez co spacerowanie między poszczególnymi stoiskami jest czystą przyjemnością. Ach, i jeszcze jedna istotna sprawa – ceny typowych suwenirów (czapki z alpako-wełny i inne charakterystyczne dla Peru szmatki) są tu o kilka-kilkanaście soli tańsze niż w uber-turystycznym Cuzco, warto więc przemyśleć zakup ewentualnych pamiątek właśnie tutaj.

Torre Torre

Niecałe 3 km za Huancayo znajduje się wzgórze Torre Torre. To stworzone przez wiatr i wodę formacje skalne, które – zależnie od wyobraźni – przypominają końskie głowy, bramy miejskie, greckie kolumny albo po prostu czerwone skały. Jakby nie było, warto się tu wybrać, bo oprócz formacji (czy tylko mi to określenie wydaje się zabawne?) można tu objąć okiem całe Huancayo (wzgórze leży na wysokości 3421 m n.p.m.), a także urządzić sobie piknik czy co tam ci potrzeba, żeby sobie odsapnąć. A jak się ma dobry dzień, tak jak my mieliśmy, to można tam spotkać lokalnego domorosłego przewodnika, który za opłatę co łaska pokaże ci najważniejsze formacje i opowie, że niebo jest niebieskie, a woda mokra.

Żeby się do Torre Torre dostać z centrum Huancayo trzeba albo zainwestować pół godziny w marsz pod górę uliczkami Huancayo (po drodze mija się Cerrito de la Libertad i miejskie ZOO, które też są jakimiś tam atrakcjami, ale szczerze – jak coś się nazywa cerrito – „wzgórek”, to sami możecie się domyślać, co to za rodzaj atrakcji) albo 0,90 sola w autobus miejski, który zawiezie cię prawie na samą górą. My autobusem zjechaliśmy, a trasę na górę pokonaliśmy w 3/4 na własnych nogach, a w 1/4 z panem taksiarzem, który za zupełne darmo podwiózł nas spory kawałek.

Być podrzuconym za frajer przez taksówkę? Takie rzeczy tylko w Huancayo.

Żarcie

Mówi się, że Huancayo to kulinarna stolica Peru. Że jak na pasanie brzucha to nie do Limy czy Cuzco, tylko właśnie tu. I kurka, faktycznie – na Ferii Dominical, na miejscowym mercado, czy po prostu gdzieś na ulicy – dosłownie na każdym kroku kusi jakiś specjał, z którym wcześniej się nie spotkałeś. Wszystko wygląda i pachnie tak dobrze, że nic, tylko masz ochotę jeść i świecić kalorycznym szczęściem. No raj dla każdego pojedynczego kubeczka smakowego (szczególnie po amazońskiej części Peru, która podobno też słynie z wyśmienitej kuchni, ale tak naprawdę to NIE). Knajp, barów, restauracji i zwykłych bud z żarciem na ciepło jest tyle, że życia by nie starczyło, żeby zajrzeć chociaż do połowy. Nawet jest takie przysłowie: „Huancayo, Huancayo, co dobrego dziś u ciebie dajo?”.

Macho Tren i Huancavelica

A fajne było dopiero przed nami. Z Huancayo ruszyliśmy w kierunku niewielkiej, zatopionej wysoko w górach (3 680 m n.p.m.), wioski Huancavelica. I to ruszyliśmy nie byle jak, bo pociągiem. A wierzcie mi – szanujący się backpacker, tj. podróżujący ekonomicznie, w peruwiańskim pociągu to rzadki widok. Ceny tego środka transportu są tu bowiem kosmicznie. Przykładowo, chcąc pokonać trasę Lima-Huancayo trzeba się przygotować na ubytek pieniężny rzędu 500 soli (ok. 590 zł!). Tymczasem pociąg z Huancayo do Huancaveliki kosztuje jedynie 9 (normalny) lub 13 (bufetowy, z gwarancją miejsca siedzącego) soli. Jak na miejscowe standardy – bezcen!

Myślałem, że Huancayo nie jest turystyczną miejscowością, ale przy Huancavelice to istny Kazimierz Dolny. W tej górskiej wiosce ciągle ktoś nas zaczepiał, pytał skąd jesteśmy, udawał, że wie, gdzie leży Polska, a raz nawet zaprosił na śniadanie do swojego domu (nie skorzystaliśmy, bo byliśmy po pysznej papce z kukurydzy na ciepło zagryzionej smażonym pankeke, czyli takim jakby faworkiem, ale GEST JEST GEST – doceniam). A rzeczy do robienia i oglądania tu od metra! Nie nudziliśmy się ani przez chwilę.

Na samo zwiedzanie miasta spokojnie można poświęcić cały dzień. Urokliwe wąskie uliczki, piękne kolonialne kościoły (do których można wejść za darmo, co na przykład w Świętej Dolinie Inków nie jest już tak oczywiste), placyk z wyrobami z alpaki, gorące źródła (no, gorące umiarkowanie – jakieś 18°C, ale może komuś to wystarczy)… W czasie, gdy wizytowaliśmy Huancavelicę (koniec kwietnia) przypadała akurat rocznica założenia miasta i chyba z tej okazji ciągle coś w nim się działo – pochody dzieciaków z okolicznych szkół, zawody bokserskie (ring ustawiono na głównym placu, tuż pod kościołem, Jezus miał więc dobry widok na okładające się po twarzy dzieciaki) czy wyścig kolarzy górskich. Wow, wow, wow.

Drugi dzień to to, co lubimy najbardziej – TREKKING! 🙂 Z samego rana ruszyliśmy w górę, w kierunku położonej ok. 4 200 m n.p.m. nieczynnej kopalni rtęci Santa Barbara. Podobno można tam dotrzeć w 2,5 h. Że ścieżka była jako tako oznaczona tylko na początku, a nasze doświadczenie trekkingowe jest mniej niż umiarkowanie, znalezienie Santa Barbary zajęło nam godzinę więcej. Momentami było więcej niż ciężko, trzeba było się sporo napocić, żeby wejść pod kolejne wzniesienia, ale jak już Baśkę znaleźliśmy, szczeny nam opadły.

Do Huancaveliki wróciliśmy już inną drogą, taką, co jest nawet oznaczona na Google Mapsach, więc udało nam się nie zgubić. Trasa wiedzie przez kolejne bezludne pueblo Chaclatacana i jest nie mniej malownicza (stado alpak!) niż ta, którą dotarliśmy do Santa Barbary. Przez chwilę zastanawialiśmy się jeszcze, czy nie odbić ciutkę w bok i nie odwiedzić wioski Saccsamarca – zamieszkałej dla odmiany – ale ostatecznie zwyciężył głód i postępujący udar słoneczny (fachowo zapomnieliśmy posmarować się kremem przeciwsłonecznym i pyk – okazało się, że w górach słońce może spalić ci twarz w kilka godzin). 

Huancavelica – oficjalnie przyznaję cie JO-certyfikat jakości!

Ayacucho

Wyjazd z Huancaveliki był już mniej spektakularny – o północy załadowaliśmy się w busa zmierzającego do Ayacucho. Tak o. Ale potem tak o już nie było, o czym wspominałem na wstępie tego DŁUGIEGO wpisu. Do ostatniego przystanku w środkowo andyjskiej części Peru dotarliśmy ostatecznie z niemal trzygodzinnym opóźnieniem. Na osłodę nad ranem mogliśmy obejrzeć dwie części amerykańskiego horroru (oczywiście z hiszpańskim dubbingiem) o inwazji szczurów. Serce roście.

Może to przez szczurzy początek Ayacucho nie podbiło od razu naszych serc. Pierwsze wrażenie było na tyle kiepskie, że zaraz po zameldowaniu się w Hospedaje Karol (kto pamięta naszej ś.p. rybkę, którą dostałem na 27 uro od Joanny So, ten wie, że nie mieliśmy wątpliwości, gdzie mamy w Ayacucho się zatrzymać) wróciliśmy na dworzec autobusowy i kupiliśmy bilety do Cuzco na następny dzień.

Być może nieco pochopnie, bo Ayacucho zyskało po bliższym poznaniu. Piękna Plaza de Armas, niekończące się kręte, urokliwe uliczki (w sensie tak się tylko pisze, tak naprawdę to one się w końcu kończyły), rasowe mercado i, a jak, majestatyczne Andy – wystarczy, żeby spędzić tu nawet kilka dni. 

Ale po słodkim lenistwie w Amazonii trudno nam było chyba wysiedzieć dłużej w jednym miejscu tylko po to, by napawać się jego atmosferą. Ruszyliśmy więc tam, gdzie prędzej czy później krzyżują się ścieżki wszystkich turystów przybywających do Peru. W następnym wpisie opowiem Wam o Cuzco i Świętej Dolinie Inków. Bless up!


PRAKTYCZNE

Pucallpa-Huancayo

  • Podróż na tej trasie zajęła nam ok. 18 h.
  • Z Pucallpy wyjechaliśmy o godz. 14:30. Jechaliśmy z przewoźnikiem Turismo Central.
  • Koszt biletu: 60 soli normalny, 70 soli – sypialny (nieco bardziej rozkładający się fotel, więcej miejsca na nogi).

Huancayo

  • Zatrzymaliśmy się w hotelu Confort, który znajduje się jedną przecznicę od Plaza de la Constitucion, głównego placu Huancayo. Za nocleg w dwuosobowym pokoju z łazienką zapłaciliśmy 50 soli.
  • Autobus miejski z centrum miasta w pobliże Torre Torre kosztował nas 0,9 sola.
  • Feria Dominical odbywa się w każdą niedzielą w centrum miasta, kilka przecznic od Plaza de la Constitucion.

Huancayo-Huancavelica

  • W Huancayo znajdują się dwa dworce kolejowe: Los Andes, skąd odjeżdżają pociągi do Limy, i Chilca, skąd wyrusza Macho Tren do Huancaveliki.
  • Za taksówkę z hotelu Confort do stacji Chilca zapłaciliśmy 7 soli.
  • Kasy biletowe Chilki są otwarte od 6 a.m. do 12 p.m.
  • Macho Tren wyjeżdża z Huancayo o 6:30 rano. Dojeżdża do Huancaveliki po ok. 6 h.
  • Bilety kosztują 9 soli (normalny, bez gwarancji miejsca siedzącego) i 13 soli (bufetowy)
  • Posiłki (bardzo dobrej jakości) można zamawiać niezależnie od przedziału. Za caldo (miejscowy rosół) zapłaciliśmy 10 soli – najedliśmy się we dwoje.

Huancavelica

  • Zatrzymaliśmy się w Hospedaje San JoseZa dwuosobowy pokój bez łazienki zapłaciliśmy 35 soli.
  • Na Plaza de Armas znajduje się informacja turystyczna (po prawej stronie, stojąc frontem do kościoła), z bardzo pomocnymi pracownikami.
  • Huancavelica i okoliczne wioski (m.in. Yauli) słyną z jednych z najbardziej utalentowanych rzemieślników w Peru. Dlatego to doskonałe miejsce na zakupy arteseniów – ręcznie robionych rękawiczek, chust, czapek i szalików, które można znaleźć na Av. Manchego Muñoz w pobliżu Plaza de Armas.

Huancavelica-Ayacucho

  • Jedynym przewoźnikiem, który oferuje bezpośrednie przejazdy na tej trasie, jest firma Molina.
  • Bilet kosztuje 30 soli. Autobus odjeżdża o północy (rzadko o czasie, bo jedzie z Limy) spod siedziby Moliny na ul. Celestino Manchego Munoz (główna ulica Huancaveliki).
  • Czas przejazdu to teoretycznie 10-11 h.
  • Dworzec autobusowy w Ayacucho znajduje się spory kawałek od centrum. Za taksówkę do Hospedaje Karol zapłaciliśmy 6 soli. Można też dojechać do centrum w jakieś pół godziny autobusem miejskim (ok. 1 sol). Linia 9, 10 i 21 zatrzymują się tuż pod Karolem.

Ayacucho

  • Zatrzymaliśmy się w Hospedaje Karol (ul. Jiron Libertad 473). Za dwuosobowy pokój bez łazienki zapłaciliśmy 40 soli.
  • Wokół Ayacucho znajdują się ruiny przedinkaskich miast zbudowanych przez kultury Wari i Quinoa. Że ruiny to nie jest mój konik, ani myślałem, żeby je odwiedzać.

Ayacucho-Cuzco

  • Jedynym przewoźnikiem, które oferuje bezpośrednie przejazdy na tej trasie jest Los Chankas. Godziny odjazdów: 7:30 a.m. (poniedziałek-sobota) i 8:30 p.m. (codziennie). Bilet na taki autobus kosztuje 60 soli.
  • Istnieje jeszcze trzecia opcja, na którą się zdecydowaliśmy – autobus z przesiadką w Andahuaylas. Minibus odjeżdża z Ayacucho 14:00. Ok. 19:00 dojeżdża do Andahuaylas, gdzie ma się 1,5-godzinny postój. Przy dworcu (po prawej stronie od wyjścia) znajduje się niewielki barek, gdzie można zjeść ciepły posiłek. O 20:30 duży autokar wyrusza do Cuzco, gdzie dojeżdża ok. 6 rano. Ta opcja kosztuje 65 soli.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz