Ameryka moim okiem Peru

Mam smaka na jezioro Titicaca

1 czerwca 2017

Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.), trzecie co wielkości jezioro Ameryki Południowej (8372 km²), zamieszkane przez kilkanaście tysięcy rdzennych mieszkańców Peru i Boliwii. Wiele więcej o Titicace przed przyjazdem do Puno – miasta-wrót do jeziora – bym nie powiedział. Mniej więcej tak maluje się je na lekcjach geografii. A Titicaca to coś znacznie więcej niż tyko zbiór różnych liczb i kilku „naj”. 

Jest coś niezwykłego w tych momentach, gdy na żywo możesz zobaczyć miejsca, o których przed laty uczyłeś się z podręczników. Abstrakt, pusta nazwa, kilka liczb, nagle staje się rzeczywistością – tętniącą życiem, wypełnioną feerią zapachów, smaków i obrazów. Mimo że w jego okolicy spędziliśmy zaledwie dwie noce, Titicaca w mgnieniu oka przestało być dla mnie jedynie „najwyżej położonym żeglownym jeziorem świata”.

Puno

To podobno folklorystyczna stolica Peru, ale dla większości zagranicznych turystów stanowi jedynie bazę wypadową do eksploracji znajdujących się na Titicace wysp (o których za chwilę). Może trochę niesprawiedliwie, bo miasto jest całkiem ładne i z pewnością warto poświęcić mu więcej niż tyko dwa wieczory (przed i po wycieczce na lago). Ale kurka, gdy tam przyjechaliśmy (maj 2017) zimno było jak w hurtowni Hortexu. A ja przecież tylko ciuchy z second handu w Nikaragui, więc z czym do zimy. Plan od początku był więc taki, żeby przyjechać, zobaczyć lago i wyspy i wyjechać. Ale Puno na pewno nie będzie w moich wspomnieniach kolejnym nijakim miastem tranzytowym. Będzie miało dla mnie smak alfajor – pysznego deseru, który mógłbym jeść kilogramami – i uśmiech pani z knajpki niedaleko głównego deptaku, gdzie stołowaliśmy się podczas naszych dwóch puńskich wieczorów.

Wyspy Uros – pływający Disneyland

Od czasu przechujowej wycieczki do ruin w Palenque, która do dziś jest dla nas synonimem skrajnego zmęczenia i nieziemskiego bólu głowy, staramy się unikać takich zorganizowanych eskapad jak ognia, nawet jeśli do naszej niezależności musimy dopłacać. Ale akurat wysp Uros odwiedzić inaczej niż z biurem podróży praktycznie się nie da. A z pewnością odwiedzić je warto.

No bo wyobraźcie sobie, że są to wyspy od początku do końca zabudowane przez człowieka, a konkretnie przez indian Uru, którzy przenieśli się na nie 500 lat temu, uciekając przed bliżej nieokreślonym zagrożeniem zewnętrznym z obszaru Amazonii. W sensie najpierw je zbudowali, z trzciny totora, a potem na nich zamieszkali. I tak mieszkają do dziś, utrzymując się głównie z turystyki. Wysp jest ok. 60.  Buduje się je wokół wbitego na kilka metrów w dno jeziora pala. Do niego przywiązuje się kilkanaście warstw sitowia, tak by finalnie wyspa miała jakieś 1,5 m grubości. Co jakiś czas dorzuca się do tego nową warstwę trzciny, uzupełniając braki powstałe w wyniku gnicia. Na większości wysp znajdują się po 3-4 chatki (więc wyobraźcie sobie jak mikro muszą być!), ale są też większe, ze sklepikami, barami, a nawet szkołą. Wszystko budowane jest z tej samej trzciny totora. Abstrakcja.

„Antropolodzy, antropolodzy!”

Większość z wysepek kilka razy w tygodniu jest odwiedzana przez zorganizowane wycieczki (są też takie, które z turystycznym przemysłem nie chcą mieć nic wspólnego). Po opuszczeniu statku i pierwszych „wow” związanych ze stąpaniem po trzcinowym podłożu, rozpoczyna się spektakl dla gringos. Przewodnik opowiada historię wysp, a jej mieszkańcy tańczą wokół, uśmiechają się niezręcznie i śpiewają piosenki z werwą równą ludziom przyjmującym ostatnie namaszczenie. Nie wiem, kto był w tej sytuacji bardziej zmieszany – my czy odstawiający tę szopkę indianie Uru. Cepelia w stanie czystym. Wielbiciele spiskowych teorii twierdzą nawet, że show jest posunięte do tego stopnia, że na wyspach tak naprawdę nikt od dawna już nie mieszka i Uru przyjeżdżają tu co rano przed turystami, przebierają się w tradycyjne stroje, odfajkowują swoją robotę, a potem wracają do Puno, gdzie popijają colę przed najnowszym odcinkiem „Gry o Tron”. Jak dla mnie – całkiem prawdopodobne. Niemniej, z antropologicznego punktu widzenia całe to doświadczenie było więcej niż ciekawe i warte porcji żenady, którą w jej trakcie trzeba było przyjąć.

 

 

Decyzji o wycieczce nie żałuję z jeszcze jednego powodu – na naszym wycieczkowym statku poznałem Victorię i Alexa – PRAWDZIWYCH BUŁGARÓW Z BUŁGARII, z najdroższej memu serduszku Sofijki. Pierwszych podczas tej niemal ośmiomiesięcznej włóczęgi po Amerykach. Shumensko, edna malka birichka, pochivka, xaaaaaydeee! W takim towarzystwie ciekawe byłyby dla mnie szachowe derby Ustrzyk Dolnych.

 

 

Taquile

Uros to pierwszy przystanek takiej standardowej wycieczki. Po opuszczeniu trzcinowych wysp karawana płynie dalej – w kierunku albo wyspy (już takiej na serio) Taquile, albo Amantaní. I to płynie całkiem długo, bo jakieś 3 godziny. I wtedy możesz napełnić znaczeniem hasło „największe żeglowne jezioro świata”. Titicaca jest ogromne, momentami masz wrażenie, że jesteś na morzu – twoje oko z trudem jest w stanie wyłapać brzeg.

My wylądowaliśmy na Taquile. Krajobraz wyspy jest niesamowity. Trochę szkocki w swej surowości, trochę rodem z Hobbitonu pod względem ukształtowania terenu. Główna plaza jest położona 3950 m n.p.m., więc całkiem WYSOKO.

I pobyt tutaj już tak wiele z Cepelią wspólnego nie ma. Owszem, nie brakuje stoisk i sklepów z barachłem dla turystów, ale nie jest to tak oblepiające jak na Uros. W sumie żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na wycieczkę z opcją nocowania na wyspie. Widoki były fantastyczne, a czasu na ich kompletowanie mało. Wkrótce po lunchu na szczycie wzgórza trzeba było się zwijać i wracać do Puno. Nocowanie to co prawda kolejne odsłony turystycznej szopki, ale po tej wycieczce myślę sobie, że turystyczne nie zawsze znaczy chujowe. Może być też całkiem zabawne 🙂

Żarty żartami, a Titicaca odtąd będzie dla mnie najpiękniejszym jeziorem świata. Tak je zapamiętam:


Praktyczne:

  • droga z Cusco do Puno zajmuje jakieś 7-8 ha
  • za bilet firmy Libertad zapłaciliśmy S./ 25 od osoby 
  • spaliśmy w Posadzie del Qollo na ul. Jr. Deustua 834 (kilka przecznic od Plazy de Armas), S/. 39 za pokój z łazienką i śniadaniem
  • wycieczkę na Uros i Taquille zorganizowaliśmy przez nasz hostal, zapłaciliśmy S/. 45 od osoby
  • wycieczka obejmowała transport w obie strony, odwiedziny dwóch pływających wysp, bilet wstępu na Taquile i lunch na tej wyspie (zupa, smażona ryba, herbatka)
  • za dodatkowe 10 soli można przepłynąć się z jednej wyspy na drugą „tradycyjną” trzcinową łódką; podróż trwa 10 minut i zdecydowanie NIE WARTO
  • na drugiej wyspie Uros, za 1 sola można sobie wbić do paszportu pieczątkę z Lago Titicaca

 

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz