Ameryka moim okiem Kostaryka

Kosmiczne San Jose

16 lutego 2017
W San Jose spędziliśmy w zasadzie jeden pełny dzień, ale był to pobyt na tyle intensywny i bogaty w przemyślenia, że warto skreślić o nim choć kilka zdań (tak naprawdę to wyszło mi więcej, ale zachęcam do lektury całości, na końcu czeka na Was żart).

O Kostaryce i kostarykańskich cenach krążą wśród backpackerów legendy. „Piękny kraj, ale wszystko jest tu przynajmniej cztery razy droższe niż w innych państwach Ameryki Środkowej”, „Przez Kostarykę tylko przejechaliśmy, wykracza daleko poza nasz budżet”, „Przyroda faktycznie piękna, ale wszystko to, co jest w Kostaryce można też znaleźć w innych krajach Mezoameryki. Za mniejszą cenę”, „Ulice miast wybrukowane są tu amerykańskimi dolarami i usiane McDonaldsami, zero autentyczności” – to tylko kilka opinii, które zebraliśmy w trakcie naszej powolnej wędrówki w dół Ameryki Centralnej. No, zachęcające umiarkowanie. A skoro głosy tego typu słyszeliśmy z ust Kanadyjczyków, Amerykanów czy Francuzów, to co tam po nas, biednych cebulaczkach, w dodatku bez Konserwy, która w czarnej godzinie mogłaby posłużyć za strawę lub  – co bardziej prawdopodobne – cykutę i pomóc w godnym zejściu z podróżniczego padołu? Uznaliśmy więc, że Kostarykę zostawiamy na osobną podróż, gdy będziemy bogatsi o pieniądze i życiowe doświadczenie. Ale że z Nikaragui do Panamy i tak było prościej i taniej dostać się przez stołeczne San Jose, postanowiliśmy zatrzymać się tu na jeden dzień, zweryfikować stereotypy i ewentualnie zeskrobać trochę dolarów z ulic. 

Z Niki to Tiki

Opuszczanie Nikaragui rozpoczęliśmy skoro świt, tj. rano. Z El Castillo, gdzie zatrzymaliśmy się na jedną noc, o 7 rano wypłynęliśmy w stronę San Carlos. Kilka kilometrów przed tym miasteczkiem znajduje się nowiuśki, oddany do użytku dwa lata temu, most Santa Fe, który znacznie ułatwia i skraca podróż do Kostaryki. Z łódki hyc na most, z mostu hyc do mikrobusa z mikroludźmi i po pół godzinie byliśmy już na przejściu granicznym.
 
 
 
Formalności poszły nam całkiem sprawnie, łącznie zajęły może z 40 minut (to duża zaleta tego przejścia; drugie, bardziej popularne, a przez to bardziej czasochłonne, znajduje się po przeciwnej stronie Jeziora Nikaragua, w Penas Blancas). Ok. 11 byliśmy już w autobusie zmierzającym do miejscowości Ciudad Quesada (bezpośredni autobus do San Jose odjeżdżał dopiero o 15), skąd mieliśmy złapać kolejny transport do stolicy. 

Nowszy Nowy Świat

Nie trzeba być Sherlockiem, żeby wyłapać różnice między Kostaryką a Nikaraguą. Chicken busy, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zamieniły się w coś takiego:
 
 
W trakcie dłuuugiej drogi do San Jose (dotarliśmy tam ok. 18) mieliśmy czas, żeby podziwiać widoki za oknem. Syf i bylejakość w przestrzeni tworzonej przez człowieka ustąpiły miejsca schludnym, często grodzonym posesjom z zadbanymi trawnikami i czystymi, dobrze utrzymanymi drogami dojazdowymi. A wszystko to w okolicznościach przyrody tak niesamowicie bujnej i zielonej, że aż miało się ochotę powiedzieć:
 
 
A to wszystko było tylko przygrywką do stolicy Kostaryki, gdzie mieliśmy spędzić dwie noce na pierwszym w trakcie tej wielkiej wycieczki couchsurfingu. Kilka prób darmowego przespania się na cudzej kanapie w innych krajach Ameryki Środkowej spełzło na niczym, potem już nawet nie braliśmy tej opcji pod uwagę. Przypomnieliśmy sobie o niej, gdy zobaczyliśmy ceny hosteli w San Jose. I co? Odezwaliśmy się do trzech osób, odpisały nam wszystkie! W Meksyku czy Salwadorze nawet to należało do rzadkości, o przyjęciu nas pod swój dach nie wspominając. Ostatecznie wylądowaliśmy u Estefani, przemiłej i przesłodkiej dziewczyny, która na co dzień pracuje w amerykańskiej firmie przeprowadzającej rzeczy (lodówki, telewizory i takie tam; podobno ludzie z USA mają bardzo sentymentalny stosunek do swoich klamotów i wolą wydać kilka tysięcy na transport kanapy wartej kilkadziesiąt złotych niż kupić sobie nową). Okazało się, że mieszka w Heredii, która jest takim jakby Konstancinem – niby San Jose, ale nie. Fartem z jej mieszkania (urządzonego w dość minimalistycznym stylu, patrz zdjęcie poniżej) było tylko kilka przystanków do lotniska, skąd dwa dni później mieliśmy lot do Panamy.
 

W ogóle ludzie w San Jose okazali się niezwykle mili. Sami z siebie wskazywali nam drogę i chwalili nasz hiszpański. No i choć na chwilę wróciło oczywiste skojarzenie „Polonia = JP2”, bo już w  takiej Nikaragui było z tym krucho. Pfff.
Ok, miłość miłością, na życzliwość ludzi nie mogliśmy narzekać w sumie w żadnym z odwiedzonych do tej pory krajów (oczywiście za wyjątkiem Gwatemali, gdzie mogliśmy narzekać na wszystko). Od przeciętnego Nikaraguańczyka czy Salwadorczyka mieszkańców San Jose odróżniało jednak co innego – wygląd. Wiadomo, szata nie zdobi człowieka, ale gdy wsiadłem do ichniejszego autobusu miejskiego po raz pierwszy od dawna zaczęło mi przeszkadzać, że moje ciuchy nie są pierwszej świeżości, podobnie zresztą jak ja sam po kilku godzinach podróży (pisząc wprost, poczułem, że śmierdzę). No inni ludzie – modne markowe ciuchy, eleganckie fryzury, czyste cery i brak tego zmęczenia w oczach charakterystycznego dla mieszkańców innych krajów latynoameryki.  

Free Walking Tours San José

Kolejnym szczęśliwym zbiegiem mieliśmy w San Jose znajomą – Andreę, którą poznaliśmy jeszcze w Leon, podczas sylwestrowej fiesty. Dała nam cynk, że akurat w sobotę z centrum miasta rusza Free Walking Tours San José, 3-godzinny spacer z przewodnikiem, który oprowadza chętnych po najciekawszych punktach stolicy. Idealna opcja dla kogoś, kto nie ma zbyt wiele czasu, żeby samodzielnie wgryźć się w miasto i eksplorować je na własną rękę. Idealna opcja dla nas. Pierwszy raz podczas tej podróży robiliśmy taki tour i jak będzie okazja w innych miastach to na pewno to powtórzymy. Było ciekawie i zabawnie (gdybym lepiej znał hiszpański pewnie byłoby nawet ciekawiej i zabawnej). No i mimo że spędziliśmy w Kostaryce tyle co nic, mam poczucie, że jednak czegoś o tym kraju się dowiedziałem.
 
Jak go zapamiętam? Z jednej strony jako miejsce niezwykle życzliwych i uśmiechniętych ludzi, pełne słońca, zieleni, osób na rowerach i psach na smyczach. Także jako kraj, który już kilkadziesiąt lat temu dobrowolnie zrezygnował z utrzymywania wojska, a „uwolnione” dzięki tej decyzji pieniądze postanowił przeznaczyć na służbę zdrowia i rozwój parków narodowych. Z drugiej strony San Jose to miasto, w którym trudno nam było znaleźć inne miejsce do zjedzenia czegoś w rozsądnej cenie niż fast foody. Ulicznych sprzedawców, którzy w Nikaragui czy Meksyku są na każdym kroku tutaj, w zasadzie nie znaleźliśmy. W przeciwieństwie do McDonaldsów czy KFC. Na te można było natknąć się co kilkadziesiąt metrów. W ogóle, całe centrum miasta to jeden wielki bazar, a więc niby coś typowego dla całej Ameryki Środkowej. Tyle że w San Jose ten bazar jest o wiele mniej dziki, bardziej okiełznany i zadbany, no i dominują w nim zagraniczne marki, które krzyczą na ciebie ogromnymi, kolorowymi reklamami. Na dłuższą metą – dość męczące.
 
Tym niemniej opuszczaliśmy San Jose mocno zainteresowani historią Kostaryki oraz jej innością w stosunku do dotychczas odwiedzanych krajów. Pewnie fajnie byłoby tu kiedyś wrócić, odwiedzić któryś ze słynnych parków narodowych i zobaczyć tę mniej betonową wersję kostarykańskiej dżungli.
 
 
I na koniec obiecany żart – niczym klamra łączy przewijające się w poście wątki zieleni i jedzenia:
 
– Dlaczego choinka nie jest głodna?
– Bo jodła.
 
Besos dla Was misiaki, celuvki dla kostarykańskich kierowców!
 
 
 

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz