Ameryka moim okiem Meksyk

Karnawał w San Cristobal de Las Casas

22 listopada 2016

Pobyt w San Cristobal de las Casas miał konstrukcję klasycznego zakalca o odwróconych proporcjach: wyśmienity środek otoczony przez chujowy spód i wierzch (w sensie, że ani początku, ani końca tej części Podróży nie zaliczę do najbardziej smakowitych). Ale wiecie, jak to jest z życiem – czasami kopie po nerach. Zapraszam do krótkiej wizyty w stanie Chiapas, gdzie urzędowałem od 11 do 16 listopada.


Zacznę więc od przypierdolenia się: DLACZEGO NIKT NIE POWIEDZIAŁ/NAPISAŁ, ŻE 8-GODZINNA DROGA Z OAXAKI DO SAN CRISTOBAL JEST USIANA NIEBEZPIECZNYMI, OSTRYMI CURVAMI (w sensie zakrętami, #mnieśmieszy) I PROGAMI ZWALNIAJĄCYMI, A WIĘC JEDZENIE NA KOLACJĘ CZEGOKOLWIEK, A TYM BARDZIEJ CIĘŻKAWYCH TAMALESÓW, NIE JEST NAJLEPSZYM POMYSŁEM?! Jeden mały błąd i cały misterny plan ze spankiem w nocnym autobusie, po którym z rana będzie ruszyć na podbój miasta, co to o nim każdy mówił, że miód-malina i można w nim zapomnieć o smutkach związanych z brakiem Biedronki, W CHOLERĘ.

Z Oaxaki do San Cristobal de Las Casas w stanie Chiapas wyjechałem o godz. 19 (przyjazd ok. 6). Bilet: niecałe 400 M$ – im wcześniej na stronie ADO albo clickbusa się go kupi, tym taniej wychodzi; ja kupiłem na tej drugiej, bo ADO nie przepuszczało mojej karty kredytowej (#kurywy).

Przez całą drogę zdrzemnąłem się więc może minut 40, a może czterdzieści i cztery, w każdym razie bądź wytoczyłem się z tego luksusowego busa (znowu, dalekobieżne meksykańskie linie nie przestają mnie zadziwiać) cokolwiek zmięty i mocno śnięty. Zgodnie z przyjętym założeniem nie miałem zabukowanego miejsca w żadnym ho(s)telu, a tylko spisane adresy takich, które mieściły się w mojej definicji taniości. Wszystkie dwa (Iguana i Casa Gaia) okazały się o 7 rano jeszcze zamknięte, więc ostatecznie wylądowałem (z Żoną u boku oczywiście) w hostelu Ruta Chiapas – takim bardziej swojskim, ciut meksykańskim, z przyzwoitą ceną (200 M$ za osobny pokój), ciepłą wodą i odrobiną internetu. Delicje dla moich skonanych zmysłów. San Cristobal de Las Casas – dzień dobry.

Porque San Cristobal?

Streszczanie po kolei tych 5 dni w turystycznej stolicy indiańskiego stanu Chiapas sens miałoby pewnie głównie kronikarski, więc choć perspektywa to NIEZWYKLE kusząca, odpuszczę i sobie, i wam. Ale nim te wspomnienia pokryje zaległy kurz, ulepię z nich 5 powodów, dla których warto było tłuc się do San Cris te kilka godzin na krawędzi rzygozy.

1. Bo takie polskie

O tym, że do tej całej meksykańskiej przygody podchodzę niezwykle profesjonalnie i każdego dnia przeczesuję setki polskich i zagranicznych stron i blogów podróżniczych z radami typu „jaki krem na dzień zabrać na meksykańską plażę”, wspominałem już nie raz (przynajmniej dwa razy). Ale tak de facto najwięcej informacji na temat Meksyku czerpię z niezgłębionej krynicy wiedzy, jakim jest blog mexicomagicoblog.blogspot.mx. Żona w zasadzie od początku tej całej hecy była w kontakcie z jej autorką i tak jak mało mamy dopracowaną i zaplanowaną naszą trasę, tak w zasadzie od początku wiedzieliśmy, że do San Cristobal prędzej czy później zawitamy. Bo skoro Ola (autorka bloga) po kilku latach wojaży meksykańskich właśnie tu osiadła, to coś musi być na rzeczy.

Tak się nam to wszystko poukładało, że do SC przybiliśmy 11 listopada, a więc akurat w rodzime święto niepodległości. Ola dała nam cynk, że wieczorem na tę okoliczność będzie świętowane – po polsku, tj. z żurkiem, czerwonym barszczem, pierogami i żubrówką. Na miejscu poznaliśmy nie tylko Olę, ale też Kajetana, Magdę, Monikę, Krzyśka, Piotrka i Miguela, który zafascynowany naszą dziką historią od ponad roku konsekwentnie uczy się polskiego i już kuma różnicę między „ja pierdolę” a „motyla noga”.

I potem już się posypało – Polacy wyskakiwali na nas z lewa i prawa, z nowego hostelu, ulicy czy baru, do którego akurat zawitaliśmy. Zazwyczaj poznawaliśmy ich dzięki Oli i popularności jej bloga, ale Polką okazywała się nawet uliczna sprzedawczyni ciastek. To miło. W końcu po całych 6 tygodniach podróżowania po Meksyku z polską Żoną człowiek mógł już nieco ojczystego zapomnieć. Niech żyje Polska niepodległa i wszechobecna!

2. Bo takie żywe

Każdy uważny JO-czytelnik wie, że jak do tej pory w całym tym podróżniczym trybie najbardziej podobały mi się emeryckie miejscowości, jak Bacalar czy Ixtlan de Juarez. Takie, w których szczytem szaleństwa jest spacer po godzinie 19. Trzydziestka na karku robi swoje i teraz już niespecjalnie kręcą mnie wielkomiejskie atrakcje, jak kluby disco, imprezy w akademiku czy nocne szwendanie się po barach. Pewnie trochę przez to niespecjalnie wychodziło mi do tej pory poznawanie ludzi. Bo kto chciałby bratać się z takim starym dziadem? Z drugiej strony, ogólnie to jestem takim zlepkiem cech raczej niesprzyjających hurtowemu brataniu się z obcymi – nieśmiałość, małomówność i góra kompleksów (bo nie znam języków, bo nieciekawy, bo rudy, bo z kraju Sławomira Peszki). Więc zazwyczaj za ambasadora naszego związku robi Żona. A ja uśmiecham się i dodaję swoje „yeah”.

Dlatego San Cristobal było karnawałem tej Podróży. Wszystko ciut na opak. Jak do tej pory może dwa razy (jeszcze w Tulum) wyszliśmy na jakieś piwo w konfiguracji innej niż ja+Żona, tak w Chiapas mieliśmy 5 dni wypełnionych spotkaniami bądź okazjami do spotkań i wyjść z innymi ludźmi – przede wszystkim rodakami, ale nie tylko. Od pierwszej nocy niepodległościowej wpadaliśmy w jakiś taki wir towarzyski, z którego nie sposób było się wydostać (stąd umiarkowana aktywność blogowa). Tym bardziej, że drugiego dnia przenieśliśmy się do Casy Gaii – chyba pierwszego iście backpackerskiego hostelu w tej Podróży. Takiego wiecie, z dżemem i kawą na śniadanie i rozmowami typu „hello! where are you from? where are u traveling? where is Poland?”.

Ale i San Cristobal, samo w sobie, było dla tego wiru towarzyskiego niezwykle żyznym podłożem. Miasto jest pełne obcokrajowców, pubów i kawiarni o starokontynentalnym sznycie oraz wydarzeń kulturalnych; w trakcie naszego krótkiego pobytu odbywał się tu m.in. festiwal filmów ze stanu Chiapas (nawet na jednym z nich byliśmy, dla hecy wybraliśmy południowoafrykańsko-portugalsko-kolumbijski film o muzyce goema) i festiwal związany z barokiem (po przygodzie z muzeum baroku w Puebli nawet nie próbowałem sprawdzić, o co w nim dokładniej chodzi). Ogólnie szybko skumałem, dlaczego Ola właśnie to miejsce wybrała na sobie meksykańskie życie. Miałem wrażenie, że to takie miasto bez pretensji do nikogo i o nic. Jest jakie jest i można w nim być, jakim się jest i robić to, co się chce – bez poczucia musu, wstydu czy lamentu, że coś wypada, a coś to już przesada. Ech, jeśli jeszcze dodam do tego, że oprócz dwóch atrakcji, o których za chwilę, w zasadzie nie było tam żadnego must see, wyjdzie miejsce prawie idealne do tego, żeby na serio się poszukać. Prawie, bo niestety jedyne, co San Cristobalowi nie wyszło, to pogoda. Tak niemeksykańska, że jedyne chwile, których nie spędzałem tu na przyjemnostkach, musiałem poświęcić na poszukiwanie niedziurawych butów i kożuchów dla Żony.

san-cristobal

3. Bo takie nieuprzejme

Po ponad miesiącu w Meksyku przywykłem do pewnych standardów, m.in. tego, że ludzie uśmiechają się do mnie, jak ja się do nich uśmiecham i zakochują się we mnie, jak krzyczę w ich kierunku „¡hola!”. A tu niespodzianka – w niedzielę pojechaliśmy na targ do takiej podsancristobalańskiej wioseczki Chomula, gdzie mieszkają głównie indianie Tzotzil i atmosfera tam okazała się cięższa do zniesienia niż ich nazwa do wymówienia. Zero usmivek, zero oferowania cudów na patyku, zero „como estas?”. W spojrzeniach i w powietrzu raczej „wypierdalaj” i „mamy cię w dupie”. Trochę smutno. I jeszcze za robienie zdjęć krzywo na ciebie patrzą, a najchętniej to w ryj.

Wszystko podobno dlatego, że Tzotzil to trochę tacy Gallowie Meksyku – nigdy, a to NIGDY nie dali się podbić Hiszpanom i do końca przekabacić na chrześcijaństwo i przez to (i przez to, że kontrolują lokalny rynek narkotykowy) do dziś są mocno wobec obcych nieufni. Ale że do mnie też?

A żeby wejść do kościoła, trzeba 25 M$ zapłacić. I tego już nie zniesłem. Mówię „nie idę” i nie poszedłem. A potem Ola mi powiedziała, żem ciul, że nie poszedłem, bo w tym kościele to kury na żywo zarzynają i robią czary z jajka i coca-coli. Smuteczek, a ja żem ciul pierwszej wody.

chomula

4. Bo takie Na Bolom

Meksyk to taki mokry sen każdego antropologa – ludy tubylcze, plemiona, etnosy czy narody są tu z metra cięte. Nic, tylko przyjeżdżać, układać kwestionariusze, badać i zbierać laury za dowiedzenie, że jednak strukturalizm. Oczywiście dziś jest o wiele trudniej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu, ale i tak zawsze ciut ciekawiej niż badanie różnic etnicznych na bazarze Banacha.

Frans Blom

Frans Blom (źródło: wiki)

Zbiegiem różnych okoliczności badaniem ludu Lacandon – jednej z majańskich wspólnot, żyjących w szeroko pojmowanym pobliżu San Cristobal de las Casas – w latach 20. ubiegłego wieku zajęli się Duńczyk Frans Blom (ewidentnie stylizujący się na Claude’a Levi Straussa) i Szwajcarka Gertrude „Trudi” Duby. Długowłosi, ubrani w długie białe szaty Indianie zafascynowali ich na tyle, że postanowili się ze sobą hajtnąć, na stałe osiedlić się w Meksyku i kontynuować swoje badania antropologiczno-archeologiczne (Blom był jednym z pierwszych kopaczy którzy dotarli do Palenque – miasta Majów oddalonego od SC o jakieś 150 km; jeszcze do niego wrócę). Kupili też zrujnowany monastyr w SC, który przekształcili w swój dom i takie kulturalne-naukowe centrum ze sporą biblioteką, miejscami do spania i siania akademickiego fermentu. I taką rolę Na Bolom (bo tak nazwali swoją siedzibę – oznacza podobno „Dom Jaguara”, co jest spoko, bo z jednej strony jaguar to święte zwierzę Majów, a z drugiej wiecie: Bolom-Blom-Bolom-Blom) pełni w zasadzie do dziś. Wiem to stąd, że jestem mądry – to raz, i stąd, że we wtorek byłem tam na wycieczce z anglojęzycznym przewodnikiem (o godz. 16:30, koszt – 50 M$ od osoby) – to dwa. Bardzo sympatyczny pan. Znał osobiście Trudi i widać było, że szczerze jara się miejscem i jest zaangażowany w jego działalność i historię. Opowiedział nam dużo ciekawostek z życia duńsko-helweckiej pary i tego, jak dziś funkcjonuje Casa Na Bolom. I śmiał się z własnych dowcipów, więc już w ogóle kupiłem go bez reszty.

5. Bo takie Palenque

I dochodzimy do spodu odwróconego zakalca. Ma taki słodko-gówniany posmak, dlatego jest jednocześnie na liście propsów dla San Cristobal. Rzecz w ruinach. Dawno żadnych nie widziałem, więc tych w Palenque odpuścić sobie nie mogłem, tym bardziej po wycieczce do Na Bolom. Nie po to pan Blom tyle się przy tym odkrywaniu namęczył, żebym teraz żydził (przykład #etnofaulizmu – też się antropologię studiowało) 330 M$ na wycieczkę do tego, co odkopał.

No właśnie – wycieczkę. Sporo się z Żoną naliczyłem, czy to bardziej warto sobie po prostu pojechać autobusem (collectivo), a w zasadzie trzema i zorganizować tę wycieczkę na własna rękę, czy może dopłacić 5 złotych i komfortowo wybrać się z biurem podróży, które podjedzie pod sam hostel i zawiezie pod same drzwi do ruin, a po drodze pokaże jeszcze cuda natury, takie jak wodospady i stacje benzynowe. Rachu-ciachu i wyszło, że spróbujemy wycieczki. I wiecie co? A IDŹ PAN W CHUJ Z TAKIMI WYCIECZKAMI. W skrócie wyglądało to tak:

  • wyjazd o 5 rano;
  • trzy godziny jazdy i przystanek – możliwość zjedzenia śniadania za 80 M$ w knajpie na bezludziu (a więc i bez alternatywy), w której zatrzymywała się każda wycieczka zmierzająca do Palenque (oczywiście śniadanie zjedliśmy więc na Polaka – sucha buła z jogurtem na krawężniku z widokiem na ludzi jedzących prawdziwe śniadanie);
  • kolejne pół godziny w minibusie i pierwsza atrakcja – wodospad Agua Azul, który akurat miał przerwę w byciu krystalicznie czystym cudem natury, więc mogliśmy przez 1,5 ha oglądać spadającą z wysokości wodę koloru błota;
  • 3 godziny w busiku i kolejny przystanek: wodospad Misol-Ha, który, bez ironii, wrażenie zrobił na mnie piorunujące. Ale, żeby nie było tak różowo, na jego podziwianie i zjedzenie obiadu (znowu w jedynym w okolicy zajeździe, w której czułem się bardziej jak w fabryce części zamiennych niż prawdziwej restauracji) mieliśmy łącznie 1 godzinę (sic!);
  • w samych ruinach w Palenque byliśmy ok. 15, a zamykali je… o 17, więc na zwiedzanie mieliśmy w zasadzie niecałe dwie godziny.

KTO, DO KURWY, UKŁADA TAKIE PLANY WYCIECZEK?

Do kurwy tym bardziej, że ruiny w Palenque naprawdę robiły wrażenie i spokojnie można było tam spędzić kilka godzin po prostu spacerując między poszczególnymi, ukrytymi w dżungli świątyniami. Ale nie… Z drugiej strony, cały ten dłuuugi dzień wymęczył mnie na tyle, że pewnie nawet mając więcej czasu na zwiedzanie, nie miałbym pary, żeby z niego skorzystać.

Ruiny od miasta Palenque, słynącego z tego, że nic tu nie ma i nie warto spędzić tu więcej niż 10 minut, dzielą jakieś 3 km. Niby miałem z Żoną plan, żeby nocować w pobliżu samych ruin i zasnąć z odgłosami ryczących małp i słoni w uszach, na co pozwala bogata infrastruktura hotelowo-cabanasowa (cabanasy to takie miejscowe odpowiedniki domków letniskowych), ale oboje byliśmy już tak wyrypani przez tę FANTASTYCZNĄ WYCIECZKĘ FIRMY JALAPENOS, a do tego mieliśmy w portfelu jakieś 200 M$, że uznaliśmy, że już jebać te atrakcje. Pan z biura podrzucił nas u bram miasta, gdzie nie warto być i na oparach doturlaliśmy się do bankomatu, a potem do hostelu Los Angeles (250 M$ za pokój). I jak zasnąłem ok. 18, tak spałem w zasadzie przez cały następny dzień. Mniej lub bardziej na jawie.

Ale doświadczenie cenne niezwykle i kolejna nauka wyniesiona z Podróży: nie cwaniakuj rudy kolego, zorganizowane wycieczki nie dla ciebie.

palenque

No i co? Tak wyglądały moje ostatnie chwile w Meksyku. Po resecie w mieście, w którym jak się okazało faktycznie być nie warto, z rana ruszyłem pisać kolejny rozdział tej SZALONEJ przygody. Przed nami GWATEMALA.

Dzięki ci Meksyku, że byłeś taki jaki byłeś. Jeszcze cię kiedyś podsumuję, a teraz ślę dla ciebie sporo besos i biorę trochę bakalarskiego piękna za mene.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz