Ameryka moim okiem Nikaragua

Granada – napisać o tobie wypada

4 lutego 2017

Dwutygodniowy przestój w Lagartillo sprawił, że musieliśmy nieco zagęścić nasze ruchy i odejść od trubu podróżowania w stylu Sida Leniwca. Nasza 90-dniowa środkowoamerykańska wiza (obejmująca Gwatemalą, Honduras, Salwador i Nikaraguę) wygasa 16 lutego, więc na kolejne miejsca w Nice mamy o wiele mniej czasu, niż byśmy sobie życzyli. W Granadzie, kolejnej kolonialnej perle Ameryki Łacińskiej, spędziliśmy tylko 3 dni i wyjeżdżaliśmy stąd zdecydowanie z uczuciem niedosytu.

Do tej pory podróżowaliśmy raczej w żółwim tempie. W większości wizytowanych miast i miasteczek spędzaliśmy przynajmniej 5 dni, spokojnie odwiedzając atrakcje, które mieliśmy ochotę odwiedzić i niespiesznie wgryzając się w klimat danego miejsca. Słuszne, gospodarskie wizyty. Są podróżnicy, którzy do poszczególnych punktów na swojej mapie podchodzą bardziej zadaniowo i wystarczy im dzień-dwa, żeby w dzień „zaliczyć” wszystkie must see, wieczorem skoczyć do baru na kilka piw, a następnego dnia rano spakować plecak i ruszyć dalej. To ja nie. Jedna rzecz, której na pewno nauczyłem się przez te już prawie cztery miesiące podróżowania to, że nie lubię pośpiechu, bo co nagle, to się diabeł cieszy (druga to, że da się sobie spalić twarz dwa razy w ciągu trzech dni).

Ale dobrze już było. Nikaragua okazuje się fascynującym krajem i żeby na spokojnie odwiedzić wszystkie atrakcje, które oferuje, zapewne nie wystarczyłby pełen okres środkowoamerykańskiej wizy. A nam po kursie hiszpańskiego zostało niecałe 30 dni. Czyli diabeł będzie miał uciechę. Ale do rzeczy, bo przecież miało być o Granadzie.

Granada jak najbardziej

Miała być nieautentyczna, ultrazadbana i wypełniona turystami. Okazała się bardzo ładnym, klimatycznym miastem, w którym odnowione, kolorowe budynki przeplatają się z ulicami o mniej oczywistym pięknie. W zasadzie cały turystyczny biznes koncentruje się na jednaj ulicy (Carazo), pełnej restauracji, hotelów i sklepów z pamiątkami. Trochę jak Nowy Świat i Stare Miasto w Warszawie. Nie chcesz, nie odwiedzasz. Czeka na ciebie całe miasto, mniej „turystyczne” i „sztuczne” oraz szereg aktywności dookoła – wulkany Masaya i Mombacho, mikrowyspy Las Isletas, laguna Apoyo, Pueblos Blancos („białe wioski”)… Normalnie zostalibyśmy pewnie z tydzień, ale, no właśnie – czas zaczął nas gonić i ostatecznie w samej Granadzie spędziliśmy jedynie trzy dni + dwa w pobliskiej Masayi, gdzie zatrzymaliśmy się, żeby odwiedzić pobliski wulkan o tej samej nazwie. Z najprawdziwszą RZEKĄ LAWY. Kosmos. Stoisz sobie, a kilkadziesiąt metrów poniżej płynie żywy ogień.

W samym mieście, oprócz spacerów najszerszymi chodnikami, jakimi chodziliśmy od momentu wylotu z Frankfurtu, jedną z ciekawszych rzeczy do zrobienia jest wejście na wieżę dzwonniczą kościoła Merced, skąd rozciąga się piękna panorama na całą Granadę.

W Granadzie udało nam się też spotkać z Nickiem i Mhari, naszymi znajomymi z kursu hiszpańskiego w Meksyku. Już trzeci raz od wyjazdu z Cancun! Całkiem niezły wynik, zwłaszcza*, że trasy naszych podróży znacznie się różnią. Nagle jednak się okazuje, że dokładnie w czasie, w którym my siedzieliśmy na kursie w Lagartillo, oni podróżowali po Hondurasie i ostatecznie lądujemy niemal tego samego dnia w Granadzie. Fajna znajomość po drodze.

I fajna ta Granada była, ale co zrobić, czas ruszać w drogę. Kolejny przystanek – Ometepe!

* Czym się różni gołąb od zwłaszcza?
.
.
.
.
.
.
.
.
Gołąb siada na oknie, a zwłaszcza na parapecie.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz