Ameryka moim okiem Meksyk

Gdyby nie te ryby

10 października 2016

Jedzenie. Temat niby powszedni (jak chleb nasz), a jednak te kilkaset tysięcy kilometrów od domu każdy posiłek to poniekąd święto. Wszystko takie nowe, inne i z mniejszą ilością majonezu. Dzięki miernej znajomości hiszpańskiego tym bardziej można liczyć na to, że na talerzu wyląduje coś, o czym uczyło się jedynie na zajęciach z anatomii prosiaka.

Od dwóch dni jesteśmy w Tulum – miejscu, które z miejsca (hue hue), ale też nieco z zaskoczenia podbiło moje chude serduszko. Choć również roi się tu od innych nam podobnych, czyli od turystów, ma też swoją lokalną, niezależną i dumną stronę, czego nie bardzo dało się powiedzieć o Cancun. Oprócz wszędobylskich taksówkarzy, którzy widząc parę bladych białasów spacerujących wzdłuż ulicy, od razu truknięciem dają znać o możliwości skorzystania z ich usług, pozostali regularni mieszkańcy Tulum zdają się niespecjalnie reagować na tabuny Europejczyków i Amerykanów przemierzających główną avenidę miasta. Nawet przechadzając się po ścisłym centrum, które straganami z wszelkim turystycznym badziewiem stoi, nikt nie krzyczał na nas, usiłując sprzedać swój towar. W sensie: dla mnie spoko.

Tulum słynie z dwóch rzeczy: z położonych na klifie Morza Karaibskiego ruin miasta Majów i rajskich plaż. Obie mamy już odfajkowane i jak szczerze nie lubię tych wszystkich klimatów must see, tak te SERIO POLECAM. Ale o tym w innym wpisie. Bo żeby się do ruin i plaż dostać, trzeba było przejechać kilka kilometrów na rowerze, w 40-stopniowym upale. I nie będę udawał, że się nie zmęczyłem.

Tak więc, jak zapewne możecie się domyślić po moim szałowym leadzie, ten wpis (oczywiście krótki) jest poświęcony temu, co łączy nie tylko wszystkich Polaków, Marka z Bełchatowa i Jessicę z Marek, ale w ogóle wszystkich, ludzkość całą. Żarcie. To meksykańskie jak na razie szczerze mnie zachwyca. Pewnie spróbowałem 1/tryliardowej tego, czym przeciętny Meksykanin w życiu się zajada, ale już te kilka tacosów zrobiło swoje. Propsy na to kładę i poproszę o dokładkę. Nawet w takim uber turystycznym Cancun bez problemu można było znaleźć budę czy wózek, z którego sprzedawano lokalne rarytasy. Ich nazwy ciągle kiełbaszą mnie się w głowie i zakup często polega na wskazaniu palcem i nieśmiałym „este”, niemniej do tej pory jeśli chodzi o jedzenie rozczarowany byłem jedynie lodem w polewie czekoladowej, który miał tylko połowę polewy czekoladowej i słodką bułką z nadzieniem, która nie miała nadzienia. Ot, takie kulinarne hocki-klocki. Ale wszystko, co kupiliśmy mniej lub bardziej z ulicy – 9/10/.

Cały czas uczymy się tego całego podróżowania, docieramy się w różnych decyzjach, dochodzimy do tego, na czym nam zależy, czego na pewno nie chcemy, a co z chęcią byśmy zrobili. Podobnie jest z szamankiem. Choć to przede wszystkim domena Żony, jesteśmy w tym projekcie razem, więc ostatecznie trzeba wypracować jakiś kompromis. Uczymy się, jak sensownie przygotowywać się do każdego wypadu na miasto, tak by z wycieńczenia nie skończyć w hipsterskiej knajpie, które zje cały nasz budżet dzienny, a my w zamian tylko wegetariańskie burrito. Myślę, że to też idzie w dobrą stronę.

Powyżej filmik z takiego właśnie szamanka. Jak zawsze krwiście zabawny i ociekający tłustym rymem. Jesteśmy nad morzem, więc oczywiście jem coś z rybką i piję piwo. Chyba tylko z nadmiaru słońca zapomniałem o fryturze. Besos dla Was, celuvki za meksykańskich rzeźników!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz