Ameryka moim okiem Gwatemala

Escape from paradise

1 grudnia 2016

Przygotowując się do tej wymyślnej tułaczki, oprócz tych wszystkich podróżniczych niezbędników, wrzuciłem do plecaka także garść różnorakich nadziei – na to, że znajdę trochę życiowego sensu i odkryję, co mnie tak na serio w tym jestestwie kręci. Bo łatwiej będzie wpaść na tego trop bez tych wszystkich „muszę” i „powinno się”, jakie od lat towarzyszyły mi w Polsce. Flirt z wolontariatem w środku gwatemalskiej dżungli pokazał jednak, że wsłuchiwanie się w swoje własne „tego chcę, a to mnie wkurwia i wypierdalać mnie z tym z mego życia” jest tak samo trudne w centrum Warszawy, jak i w pobłogoswianym przez Boga skrawku ziemi.

Nowy kraj, nowy obyczaj

Początki w Gwatemali określiłbym raczej jako takie sobie. Szybko okazało się, że wszystko w tym państwie będzie trudniejsze i mniej oczywiste niż w Meksyku. Odczuwalnie wyższe ceny (o ile w Mexico 1 złotówka dawała ok. 5 M$, o tyle tutaj za zyla dostaję jeno 2 quetzale), to że o większość rzeczy istotnych dla turysty (przejazdy, bilety, nocleg) trzeba się targować i jakiś taki klimat, że nikt się nie uśmiechnie i nie pomoże nie zapaliły miłosnego żaru do nowego kraju. No ale, plan od początku był taki, że głównym punktem naszego pobytu w Gwatemali jest 6-tygodniowy wolonatariat w hostelu Utopia niedaleko Lanquin w stanie Alta Verpaz (środek kraju), więc zaciskałem zęby i myślałem sobie „jakoś to będzie”, bo zaraz czeka mnie to, co w podróżowaniu lubię najbardziej: stagnacja. I to nie byle gdzie! Środek dżungli, nieopodal niesamowitości natury w postaci naturalnych basenów i jaskiń w parku Semuc Champey. Praca, w teorii, przyjemna i niezbyt obciążająca: pomaganie przy przyjmowaniu i wysyłaniu gości w dalszą podróż, polewanie piwa i wódeczki za barem i, przede wszystkim, rozsiewanie pozytywnych wibracji. 25 godzin tygodniowo, szama i kojo oraz zniżki na wycieczki i drinki bardziej wykwintne niż shot tequilli. W czasie wolnym – chulaj dusza, jedz, módl się i zwiedzaj. Trochę praca, ale jednak nie praca. BIERĘ! Przez 6 tygodni tymi wyższymi cenami nie będę musiał się więc zbytnio przejmować, a lejący się strumień wydawanych pieniędzy zostanie na chwilę zakręcony.

Wolontariat w Utopii znaleźliśmy przez portal workaway.info. Po zapłaceniu 38$ wpisowego (tyle dla pary, dla singla – 29 USD) dostaje się roczny dostęp do firm, organizacji i stowarzyszeń poszukujących pomocy przy różnego rodzaju projektach. Może to być praca na farmie, uczenie miejscowej ludności angielskiego, pomoc w budowaniu szałasów na środku pustyni, czy właśnie praca w hostelu (gros ofert z Ameryki Środkowej).

Tak swoje drogi i wybory pokierowałem, żeby w Utopii znaleźć się na kilka tygodni przed świętami Bożego Narodzenia. Zaaklimatyzować się, zbratać z lokalsami i pod choinką znaleźć więcej prezentów niż tylko ten od Żony. Po odhaczeniu nr 1 jeśli chodzi o gwatemalskie must see, czyli majskich ruin w Tikal (jak się uda, opiszę tę wizytę w innym wpisie, a jak nie, to raczej nie), ruszyłem więc do Lanquin, skąd jakimś sposobem miałem dostać się do Utopii.

Na turystycznym szlaku

Gwatemala to taki kraj, który turyście chce zrobić dobrze. Często na siłę, a wtedy to już jest tak umiarkowanie przyjemne. Jak się raz wpadnie w obroty tour-operatorów, to trudno się z nich wydostać. We Flores łudziliśmy się jeszcze, że się da. I choć na każdym kroku nęciły nas oferty agencji turystycznych, które ochoczo i w SUPER PROMOCYJNEJ CENIE chciały nad podrzucić do Lanquin, przedreptaliśmy kilka kilometrów do dworca autobusowego w sąsiednim miasteczku Santa Elena, żeby sprawdzić ceny regularnego, publicznego transportu. I chuja, faktycznie bardziej opłacało się pojechać z biurem podróży. Często oferują one takie combosy, że jak się pojedzie z nimi w różne miejsca turystycznego szlaku FLORES – TIKAL – RIO DULCE – SEMUC CHAMPEY – LAGO ATITLAN – ANTIGUA, można dostać jakąś lepszą cenę. My wynegocjowaliśmy taki deal (targowanie się – kolejna niezwykle przydatna w podróży umiejętność, której nie posiadam), że za 160 Q zawiozą nas do Tikal i z powrotem, a następnego dnia – do Lanquin. Sam bilet na miejscowy PKS do Lanquin kosztowałby nas prawie 100 Q.

I wyglądało to tak: busik podjeżdża po ciebie pod sam hostel. Po 10 godzinach jesteś w Lanquin. Otwierają się drzwi i rzuca się na ciebie kilkunastu lokalsów zatrudnionych przez okoliczne hostele do zgarniania turystów. Wiadomo, że najbardziej łakomym kąskiem są ci, którzy nie mają rezerwacji. Jesteś wyrypany po tych 10 godzinach wyboistej, wykurwistej drogi, a tu nagle ŁUP-JEP-ŁUBUDU, krzyki, ścisk, ciąganie za przepocony podkoszulek. „GRINGO!!!”, „ROSA!!!”, „LA PAZ!!!” – zewsząd padają nazwy kolejnych hosteli. Po zebraniu wszystkich chętnych do podróży w danym kierunku, ładują cię do shuttle’a i bez specjalnego tłumaczenia co i jak wiozą w nieznanym kierunku, w coraz szybciej zapadającym zmroku. Istny postmodernistyczny targ niewolników.

Czyl masz taki door-to-door biznes. Próba poradzenia sobie bez niego jest równoznaczna ze skazaniem się na drogę z kilkoma przesiadkami i zabawą w negocjowanie każdego quetzala. No me gusta.

Utopia

No dobra, ale jakoś to wszystko przełknąłem i przeżyłem, bo wiadomo – zaraz 6 tygodni w raju. Tak przynajmniej reklamował się hostel, do którego po tych wszystkich przygodach ok. 19 zawitałem. I pierwsze wrażenie jak najbardziej te oczekiwania potwierdzały. Przywitało nas stadko uśmiechniętych wolonaturiuszy i gości jedzących kolację przy blasku świec. Do tego manager hostelu, Francuz Rumy, powiedział, że pierwszą noc, zamiast w dormie dla wolontariuszy, możemy spędzić w prywatnym pokoju. I od razu stado obaw, które miałem w głowie (że angielski, że sobie nie poradzę, że ja nie taki, jakby wypadało) poszły w kąt. Mili ludzie to podstawa. Będzie dobrze!

A jeszcze mają tu X-boxa i najnowszą FIFĘ!

Rano, po przyjściu do baro-jadalni, przywitał nas taki widok:

Utopia

Rajsko, jak cię mogę! Jeszcze bardziej w takim myśleniu utwierdził mnie krótki spacer wzdłuż rzeki Cahabon na który mieliśmy czas przed rozmową instruktażową z Rumym. No bajka!

A potem mina już mi tylko rzedła.

Deal na papierze, który podpisywaliśmy, był taki, jak ustalaliśmy przed przyjazdem do Utopii (25 ha tygodniowo itd.). Okazało się co prawda, że ze stada wolontariuszy, które widzieliśmy poprzedniej nocy, została jedna Kanadyjka, a i ta jeszcze tylko przez 2 dni, ale i tak deal miał być deal.

Jakąś godzinę zajęło Francuzowi, swoją drogą całkiem sympatycznemu, wyjaśnianie systemu kropek, kresek i strzałek, na jakim tutaj pracowali przy obsłudze gości. I tu już trochę zacząłem się denerwować, że całkiemt tego sporo, ale wiadomo – kilka dni i skumam. Nowi wolontariusze też mieli się wkrótce zjawić. Więc może już nie tak bajkowo jak jeszcze rano, ale spoko, do ogarnięcia.

Po szkoleniu był czas, żeby to trochę przetrawić i przyjrzeć się hostelowi już bez blasku świec. I tego… Jak już wiecie – jestem twardziel, brud mnie nie straszny. Ale co innego brud tam, gdzie być powinien, czyli w akademiku w Sofii albo w Hospodaje ze średnią ocen 2,6 na bookingu, a co innego w raju. To że Żona od razu wykumała solidną warstwę kurzu nie powinno was zdziwić, ale to że i ja szybko zwróciłem na nią uwagę – już bardziej. Granie w FIFĘ na kanapie, która śmierdzi psem znacząco redukuje radość ze strzelania gola Lewandowskim.

Miałem też możliwość przyjrzeć się działalności hostelu od kuchni, czyli zajrzeć do kuchni. Nadzieje na to, że będziemy szlifować swój hiszpański dzięki pogawędkom z kucharkami szybko prysły. Panie zdecydowanie nie były zainteresowane gadaniem z nikim spoza swojego grona. No to chociaż pooglądałem sobie, co tam na półkach w kuchni leży. Utopia reklamuje się jako vege-miejsce, w którym każdy dostaje do jedzenia to, na co zasługuje. Właściciele naszego hostelu najwyraźniej uznali, że ci wszyscy Amerykanie, Australijczycy i Brytole, którzy tu przyjeżdżają (super informacja dla mojego kompleksu angielskiego – 99% gości Utopii do natywy) zasługują na produkty najniższej jakości, naleśniki z proszku czy sos do sałaty, którego skład jest dłuższy niż lista potraw, które Meksykanie robią na bazie placka z kukurydzy.

Managerowie hostelu (drugiego dnia nadzór nad nami przejęła Niemka Pia) wyszli też z założenia, że nie tylko diabeł, ale też pieniądz tkwi w szczegółach i kazali gościom płacić za takie luksusy jak ręcznik, płynne mleko (to w proszku – spoko, za free) czy dodatkowy kleks jogurtu do śniadania.

I to wszystko było już trochę niehalo. Bo jak tu rozsyłać pozytywne wibracje w miejscu, które cię z grubsza brzydzi?

Nie będzie Niemka pluć mnie w ryj

Ale wiadomo – jestem odpowiedzialny i sumienny. Deal jest deal, więc tak sobie wewnętrznie lub z Żoną marudzę i robię swoje. Ale jak deal przestaje być taki, jaki się ustaliło na początku, to już jest grubszy przekręt. A po wyjeździe kanadyjskiej wolantariuszki tak zaczęło być.

Nagle z trzech zmian w ciągu dnia zrobiły się dwie i grafik na kolejne dni przybrał taką postać:

grafik

No więc trochę: CO DO CHUJA. Ale cały czas słodko, i że to czasowo, bo zaraz nowi wolontariusze itd. Ok, zobaczymy. Tym bardziej, że oboje jesteśmy sumienni i obowiązkowi. Po jednym dniu w takim systemie, zmodyfikowanym jeszcze przez nas w tę stronę, że, chcąc sobie pomagać i być RAZEM, pracowaliśmy w zasadzie przez dwie zmiany, czyli od 6 do jakiejś 23-24, wiedzieliśmy już, gdzie jest różnica miedzy odpowiedzialnością a frajerstwem. Niemka najwyraźniej jej nie znała, bo krzywo patrzyła jak jedno z nas po obsłużeniu wszystkich 40 gości usiadło kątem i jadło swoją kolację. I żeby jeszcze powiedziała to wprost, na zasadzie „ty, rudy, nie jedz teraz, do roboty, bo jak nie to kulka w tył głowy”, to jakoś bym to uszanował. Ale nie. „Sorry, ale za 2 sekundy będzie tu autobus z nowymi gośćmi i trzeba będzie ich zameldować”. Autobus, z którego kierowcą Pia była w stałym kontakcie telefonicznym, pojawił się za 20 minut.

Sporo się tego zebrało. Już po jednym dniu wiedzieliśmy, że nie ma chuja, żebyśmy zostali tu przez 6 tygodni. Po dwóch dniach wiedzieliśmy, że nie wytrzymamy tu dłużej niż tydzień. Dużo było stresu przed oświadczeniem tego złej Niemce, bo wiadomo – my, tacy odpowiedzialni, a oni w takim kłopocie, jak możemy im TO zrobić? A przecież to „to” to wyłącznie nie dawanie się ruchać.

I elo. Powiedzieliśmy jej, że taki obóz pracy to naprawdę super sprawa i fajnie, że możemy w takim projekcie partycypować, ale jednak deal był inny, więc zostajemy do poniedziałku i nara. Niemka przyjęła wszystko ze zrozumieniem i wdzięcznością za naszą szczerość. I następnego dnia tak zaaranżowała zmiany, że po trzech dniach mogliśmy wreszcie zobaczyć te słynne baseny w Semuc Champey, o których opowiadaliśmy wszystkim gościo Utopii, że są takie super i koniecznie trzeba tam się wybrać (to była niezła ekwilibrystyka tłumaczyć ludziom, jak najlepiej dojść do miejsca, w którym samemu się nigdy nie było). Czyli jednak się dało inaczej te zmiany ustawić.

Oczywiście tego dnia pierwszy raz od naszego przyjazdu lało, więc kąpiele w basenach były umiarkowaną przyjemnością dla styranego ciałka, ale i tak było warto. Semuc Champey to prawdziwy cud natury.

Żeby nie było jednak tak różowo – zanim wykąpaliśmy się w tej beczce miodu, gestapo Utopii dorzuciło do niej łyżkę dziegciu. Rano znowu zapierdalaliśmy od 6 i znowu były niewyrażone wprost pretensje, że w swym polskim szaleństwie jemy śniadanie zamiast wycierać stoliki z wyimagowanego kurzu. I beczka się przelała. Wieczorem, który znowu wiązał się z zapierdalaniem wokół 40 osób, Żona oświadczyła złej Niemce, że wyjeżdżamy pojutrze, bo to już KURWA W GŁOWIE NIE MIEŚCI, HELGA! Helga powiedziała „ok”, dorzuciła jeszcze, że to nasza wina, że jesteśmy tacy zmęczeni, bo nikt nam nie kazał robić dwóch zmian i poszła spać.

I potem nastąpił najbardziej obrzydliwy fragment tej całej obrzydliwej historii. Następnego poranka Helga-Pia przyszła do nas cała w uśmiechach i miodzie i zaczęła przepraszać, tłumaczyć, wyjaśniać, że to nie tak miało być, że jej przykro, że może uda się to wszystko poukładać, że znowu dostaniemy wolne popołudnie. Wszystko, żebyśmy tylko jeszcze trochę w Utopii zostali. Ja od razu miałem ochotę splunąć jej w twarz, ale Żona uznała, że parlamentarniej będzie przejść się na spacer i oświadczyć jej i Rumy’emu, który pojawił się w hostelu po dłuższej nieobecności, naszą decyzję później. Obrzydliwe było to, że Helga zaczęła być nagle dla nas ultrauprzejma. Cukier wysypywał jej się z kieszeni. Miłym słowom i komentarzom jacy to my i ta nasza Polska jesteśmy fajni, nie było końca. Miałem ochotę się porzygać.

Po spacerze wzdłuż Cahabon (znowu w deszczu)

wydaliśmy nasze ostateczne oświadczenie: wyjeżdżamy w niedzielę. Początkowo mieliśmy ochotę wygarnąć im chociaż 1/3 naszych zastrzeżeń co do tego miejsca, ale jak zaczęli się tłumaczyć z tej całej sytuacji i nie byli już tak butni jak Pia dzień wcześniej w rozmowie z Żoną, uznaliśmy, że nie ma takiej potrzeby. Nasza racja była najsza.

xxx

Wytrzymałem w Utopii tydzień. I dużo, i mało. Nie żałuję tego pobytu. To była niezwykle cenna lekcja i ważne mnie doświadczenie. Pewnie jeszcze kilka miesięcy temu odsunąłbym na bok swoje własne chcenia i potrzeby i, krwawiąc, wypełniłbym ten 6-tygodniowy kontrakt. W imię jakichś irracjonalnych racji, żeby nie robić innym problemu, żeby nie narzekać, żeby nie wyszło, że jestem cipa. W plątaninie wszystkich tego typu głosów bardzo trudno usłyszeć ten najważniejszy, swój, nawet jeśli z zewnątrz sytuacja może wygladać na oczywiście chujową albo oczywiście zajebistą. Flirt z Utopią i to, w jaki sposób go skończyliśmy, zapisuję sobie po stronie mikrosukcesów. Cieszę się, że byliśmy w tej rozmowie szczerzy i mówiliśmy, co nas boli zamiast, jak Kanadyjka, która uciekła z hostelu przed nami, salwować się historiami o wyimaginowanych ślubach w rodzinie.

Była Utopia – nie ma Utopii. Wróciłem na podróżniczy szlak. Na razie Gwatemala rozczarowuje mnie na każdym kroku, ale jeszcze zupełnie jej nie skreślam. Kolejna destynacja – Jezioro Atitlan, „najpiękniejsze jezioro świata”.

Besos dla Was, celuvki za Wandę, co Niemca też nie chciała.

Komentarze

TAG

28 listopada 2016

6 grudnia 2016

PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz