Ameryka moim okiem Nikaragua

El Lagartillo – hipsterstwo po nikaraguańsku

3 lutego 2017

Okazuje się, że wbrew moim przedpodróżniczym oczekiwaniom nie da się wchłonąć języka razem z powietrzem, którym się oddycha. Dlatego po trzech miesiącach przerwy postanowiliśmy wrócić do szkoły i trochę rozbudować nasze hiszpańskie słowniki. Tak znaleźliśmy się na północy Nikaragui w zapomnianej być może przez Boga, ale na pewno nie przez historię wiosce El Lagartillo, gdzie oprócz solidnej dawki gramatyki i konwersacji dostałem moc inspirujących historii i obrazków.

Wieś

El Lagartillo. Kilkanaście prostych domów, szkoła, dwie malutkie pulperie (sklepy), przystanek autobusowy. Łącznie mieszka tu może z 200 osób utrzymujących się głównie z rolnictwa i hodowli. Wystarczy pół godziny, żeby schodzić wioskę wzdłuż i wszerz. Do najbliższego większego miasteczka, Achuapy, kursują dwa autobusy dziennie. Ale można się tam dostać również pieszo. To tylko 8 km. 6 mniej wystarczy, żeby dojść do punktu, w którym da się złapać sygnał telefoniczny i wysłać SMS lub gdzieś zadzwonić. Brak stałej łączności ze światem nie jest jednak dla mieszkańców Lagartillo tak dużym problemem, jak można by sobie wyobrażać. Jeszcze 2 lata temu w wiosce nie było elektryczności, więc nawet telewizja jest tu stosunkową nowością. Poza tym, żeby skontaktować się z krewnymi wystarczy wyjść na ulicę i zawołać. Społeczność Lagartillo tworzą cztery rodziny, bliscy mieszkają po sąsiedzku.

W okolicy brak atrakcji turystycznych, które miałyby jakiekolwiek szanse na znalezienie się na stronach Lonely Planet. Wzgórza, pola kukurydzy, pastwiska, po których hula silny i często groźny wiatr. Niewielki wodospad (na zdjęciu po lewej) oddalony od Lagartillo o jakieś pół godziny marszu to raczej rozrywka na lokalną skalę. W kraju wulkanów, bajecznych plaż i zapierających dech w piersi kanionów nie robi większego wrażenia.

I właśnie tu, w wiosce, która pozornie nie różni się od setek innych rozsianych po całej Nikaragui, 14 lat temu postanowiono otworzyć szkołę hiszpańskiego „Hijos de Maiz” (Dzieci kukurydzy). Prowadzoną nie przez ekspatów czy przybyszów z większych miast (częsta praktyka w innych regionach Nikaragui czy Gwatemali), ale przez miejscowych – rolników, rzemieślników, gospodynie domowe. Szaleństwo? Nic bardziej mylnego. Wystarczy bliżej poznać historię Lagartillo i jego mieszkańców, by zrozumieć, że są na świecie miejsca, gdzie hasło „impossible is nothing” spokojnie mogłoby wisieć pod tabliczką z nazwą miejscowości.

Największym problemem w tym koncepcie jest fakt, że w El Lagartillo nie ma tabliczki z nazwą miejscowości.

Wczoraj

Historia El Lagartillo to historia Nikaragui w skali mikro. Wieś powstała w latach 80. i było to związane z rewolucją 1979 r. i dojściem do władzy lewicowej partii FSLN (Sandinistowski Front Wyzwolenia Narodowego) z Danielem Ortegą na czele. FSLN szybko rozpoczęła reformy, które miały na celu m.in. poprawę sytuacji tych, którzy najbardziej ucierpieli podczas niemal 42-letnich rządów dynastii Somozów. Wskutek reformy rolnej wielcy posiadacze ziemscy stracili większość swoich dóbr. Część uzyskanej w ten sposób ziemi została zaoferowana bezrolnym mieszkańcom wsi na zasadzie kooperatywy. Tak było z terenem, gdzie dziś znajduje się El Lagartillo. Rządowa projekt w uproszczeniu wyglądała tak: dostajecie ziemię, ale musicie nią zarządzać i pracować na niej wspólnie; wspólne mają też być z niej zyski. Ci, którzy na tę propozycję przystali, tworzą dziś najstarsze pokolenie Lagartillo. Ponad 30 lat temu zdecydowali się przenieść w tereny raczej mało przyjazne człowiekowi, gdzie przeplatają się okresy silnego wiatru i długiej suszy. Siłą rzeczy ci którzy na taki ruch się zdecydowali, musieli mieć w sobie żyłkę hazardzisty, dużo odwagi i niemniej operatywności i kreatywności.

Wkrótce po założeniu osady o tę malutką wioskę upomniała się wielka historia. W kraju od kilku lat trwała wojna domowa między rządzącą FSLN a nie chcącą pogodzić się z utratą władzy prawicą, wspieraną przed administrację Ronalda Reagana, której nie w smak były otwarcie antyamerykańskie rządy Ortegi. Oddział tzw. kontrrewolucji wkroczył do El Lagartillo 31 grudnia 1984. Przebywało w nim wówczas tylko 6 osób, które z różnych powodów nie chciały opuścić wioski, mimo ostrzeżenia o zbliżających się żołnierzach. Wszyscy zostali rozstrzelani na miejscu. Dlatego dziś podczas gdy w całym dystrykcie Leonu w sylwestrowy wieczór ludzie zbierają się na głównych placach miast i wsi, by palić kukły symbolizujące stary rok i podziwiać noworoczne fajerwerki, w El Lagartillo wspomina się wydarzenie sprzed 33 lat, określane tu mianem „masakry”. To swego rodzaju mit założycielski wioski, a zarazem jedna z głównych przyczyn zdecydowanej niechęci do wszelkiej prawicowej władzy, która jednoznacznie kojarzy się jej mieszkańcom z kontrrewolucją. M.in. dlatego tradycje lewicowe i duch kooperatywy przetrwały tutaj, pomimo ze że w latach 1990-2006 Nikaraguą rządzili konserwatyści, a kooperatywy były formalnie zakazane.

Był to też okres wytchnienia po latach dyktatury i wojny domowej, gdy sytuacja w kraju zaczęła się powoli stabilizować. W Lagartillo zaczęli się też pojawiać obcokrajowcy, chcący zobaczyć miejsce wydarzeń z roku 1984 (gdzie powstał nawet pamiątkowy mural – patrz zdjęcie powyżej). W 2002 roku dzieci „ojców i matek założycieli” postanowiły wykorzystać tę sytuację i zaoferować przyjezdnym możliwość nauki hiszpańskiego w metodzie total immertion (pełnego zanurzenia), tj. powiązaną z zamieszkaniem u miejscowej rodziny. Pierwszymi uczniami byli wolontariusze, na których „testowano” swoje umiejętności pedagogiczne. Gdy okazały się niewystarczające, z Gwatemali ściągnięto eksperta, który pomógł opracować nauczycielom z Lagartillo odpowiednie programy i metody nauczania. Wszyscy ukończyli później odpowiednie kursy i szkoła w El Lagartillo ruszyła na całego.

Dziś

Minęło 15 lat, Hijos de Maiz ma się dobrze. Zdarzają się okresy, gdy w wiosce przebywa nawet kilkunastu obcokrajowców. Z drugiej strony to z pewnością nie jest typowa szkoła hiszpańskiego i dlatego nie ściąga tylu chętnych, co jej odpowiedniki w Leonie i Granadzie. Nauczyciele z Lagartillo nie ukrywają jednak, że nie zależy im na tłumie studentów. Oprócz lekcji hiszpańskiego mają też inne zajęcia – związane z pracą w domu, na polu czy innymi projektami społeczności. Poza tym, odpowiada im, że do Hijos de Maiz zgłaszają się przede wszystkim osoby, które podzielają ich wartości, świadome tego, że pieniądze za kurs (200$) w większości idą na cele wspólnotowe. Nikt tu nie ukrywa, w jaki sposób ta kwota jest parcelowana. 40$ otrzymuje twój nauczyciel, 50$ rodzina, u której mieszkasz, reszta trafia do budżetu, z którego są fundowane m.in. posiłki dla dzieci z miejscowej szkoły czy kupno paliwa do samochodu, który jest własnością Hijos de Maiz (jego zakup pomogła zorganizować jedna z byłych studentek). Finansowane są z niego też inne projekty. Najnowszym jest budowa domu z naturalnych materiałów, który w przyszłości ma służyć studentom jako miejsce odpoczynku i kontaktu ze światem – znajduje się bowiem w miejscu, gdzie można złapać zasięg telefoniczny.

Mieszkańcy wioski dążą do tego, by być jak najbardziej samowystarczalni, niezależni od pomocy tej czy innej władzy, czy też od decyzji kapryśnej natury. Dlatego planują stworzenie farmy permakultury oraz systemu zaopatrywania wioski w wodę, który zniwelowałby problemy związane z okresem pory suchej.

A to tylko kilka przykładów inicjatyw, o których w El Lagartillo się dowiedziałem. Naprawdę można być pod wrażeniem operatywności i zaradności mieszkańców tej wioski. Ja byłem. Okazuje się, że kooperatywa to żadna lewacka fanaberia czy hipsterstwo, jak często komentuje się tego typu inicjatywy pojawiające się (z rzadka) w Polsce. To serio działa i okazuje się, że takie samoorganizowanie się na poziomie oddolnym przynosi bardzo wymierne, namacalne owoce. Każdego dnia mogłem obserwować na co idą pieniądze, którymi zapłaciłem za kurs hiszpańskiego, widzieć projekty, które są z nich finansowane.

Ale w jakimś sensie mieszkańcy Lagartillo są hipsterami. Robią bowiem rzeczy, które nie są powszechną normą. To nie jest tak, że każda nikaraguańska wioska ma w sobie tyle zapału i chęci zmieniania swojego środowiska na lepsze. Wyobrażam sobie, że wiele osób z sąsiednich osad może zazdrościć „dzieciom kukurydzy” tego, co udało im się wypracować i przez te wszystkie lata osiągnąć. Ale nie na tyle, żeby pójść w ich ślady.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz