Ameryka moim okiem Peru

Dotykanie mitu

27 maja 2017

Machu Picchu. Słynne jak jasna cholera. Tak bardzo MUST SEE, że aż ciary przechodzą na samą myśl, że można by je olać. I może właśnie dlatego perspektywa wizytowania tych słynnych ruin wiązała się dla mnie raczej ze stresem i poczuciem obowiązku niż ekscytacją i radością płynącą z perspektywy odwiedzenia jednego z „nowych cudów świata”. Być w Peru i nie wejść na MP? Zgroza! Literalnie czułem, że co jak co, każdą inną atrakcję, każde inne must see można olać i dać upust naturze podróżniczego hipstera, ale nie święte miasto Inków. Choćby skały srały, trzeba tam wejść i się zachwycić.

No i przejeżdżamy do Hydroelectriki, gdzie swój początek ma słynny backpackerski spacer wzdłuż torów kolejowych z finiszem w Aguas Calientes, i co? Chmury, deszcz, niepogoda. Realizacja koszmaru każdego turysty zmierzającego na szczyt szczytów. WSZYSTKIE KARY NA MNIE IDO! Od razu uruchamia mi się czarnowidztwo – chuja jutro będzie widać. No bo jakie jest prawdopodobieństwo, że pogoda zmieni się na tyle radykalnie, że Machu Picchu będzie można zobaczyć w pełnej krasie? W pełnym słońcu? Z błękitnym niebem w tle?

Serio, noc przed wdrapaniem się na tę jebaną górę myślałem już tylko o tym, żeby to zaliczyć, zrobić to słynne zdjęcie (już tam chuj z chmurami czy bez) i mieć tę atrakcję z bani. Wrócić na szlak i robić tę podróż po mojemu, bez ciśnienia.

No i budzimy się rano (chwała najwyższemu za trzeźwość umysłu Żony, która przekonała mnie, że warto postąpić na przekór skryptowi i nie zrywać się w środku nocy, żeby zdążyć na pierwszy busik jadący do bramek MP, które otwierają się o 6) i co? Niebo niebieskie i słońce jak malowane. Odgłos kamienia spadającego mi z serca słychać było pewnie na fermie świnek morskich pod Cusco.

Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy plecaki i ok. 7, bez kolejek i ścisku, władowaliśmy się do PKS-u w kierunku zaginionego miasto Inków.

Oczekiwania

Przez te kilka miesięcy szlajania się po Ameryce nauczyłem się, że oczekiwania jak nic innego potrafią zabić przyjemność z odwiedzania nowych miejsc, poznawania nowych ludzi, próbowania nowych smaków. Zazwyczaj skala rozczarowania była proporcjonalnie wielka do ogromu oczekiwań, z jakimi do danej atrakcji przyjeżdżałem.

Wszystko fajnie, ale jak się tyle o Machu Picchu naczytało, nasłuchało i naoglądało, cholerne trudno jest tu przyjechać z neutralnym nastawieniem. Do tego dochodzi ten cały wysiłek i wydany hajs, który wiąże się z dotarciem do zaginionego wśród andyjskich szczytów miasta. Tak więc zachwyć mnie albo zgiń marnie turystyczny micie!

Rzeczywistość

Ale Machu Picchu nie zawiodło. Nie napiszę nawet, że było takie, jak sobie wyobrażałem. Bo tego zwyczajnie nie da się sobie wyobrazić. Żadne, najlepsze nawet, zdjęcia i filmy nie oddadzą w pełni piękna, majestatu i nieziemskiego położenia MP. Tego po prostu trzeba doświadczyć. I myślę, że nic – hordy turystów, oberwanie chmury, zmęczenie, świadomość hajsu, który poszedł na tę wycieczkę – nie jest w stanie zepsuć chwili, gdy twoim oczom ukazuje się góra Wayana Picchu, tą którą kojarzysz z setek zdjęć, z zaginionym miastem u jej stóp. A potem przez kilka godzin chodzisz po ruinach, wśród lam i zieleni, i masz cały czas ten widok przed oczami. Na wyciągnięcie ręki. Dosłownie możesz dotknąć mitu. I wtedy uświadamiasz sobie, że było warto, że w tym jednym przypadku opłaciło się nie schodzić z ubitego szlaku, szlaku gringo, i zrobić to, co tysiące osób przed tobą.

Besos za spokojny sen męża, celuvki za wytrwałość Żony!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz