Ameryka moim okiem Peru

Cusco – inkaski pępuszek

18 maja 2017

Po prawie miesiącu z dala od turystycznego gringo szlaku, przyjechaliśmy do Cusco, które można określić tego szlaku stolicą. Ale nie jego tylko. Cusco było też stolicą i centrum dawnego imperium Inków. To tu krzyżowały się wszystkie najważniejsze drogi handlowe, prowadzące do dalekiego Quito na północy, pacyficznego wybrzeża współczesnego Peru czy dzisiejszego Santiago de Chile. Nic dziwnego, że w języku keczua nazwa miasta oznacza „pępek świata”.

Z tym pępkiem to Inkom oczywiście trochę się pomyliło, bo każdy wie, że prawdziwe centrum świata znajduje się w Suchowoli koło Białegostoku.

Odwiedzając współczesne Cusco, nie potrzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie znaczenie i potęgę inkaskiej metropolii. W przeciwieństwie do wielu innych miast Ameryki Środkowej czy Południowej, hiszpańska konkwista nie zatarła (czyt. „nie zniszczyła”) tu zupełnie śladów zastanej kultury materialnej. Majestatyczne budowle (kościoły, katedry itd.) najeźdźców ze Starego Kontynentu zbudowano na inkaskich murach. Przechadzając się wąskimi uliczkami Cusco, można więc podziwiać kunszt architektów dawnego imperium i zastanawiać się, jak oni do cholery wtargali tutaj te olbrzymie kamienie, nie znając tak użytecznego wynalazku, jakim było koło?

Na tego typu pytania z radością odpowie każda z dziesiątek firm, oferujących tzw. free walking tours po Cusco. Oczywiście wycieczki free są tylko umownie, bo zawsze wiążą się z mniej lub bardziej „dobrowolnym” napiwkiem na rzecz przewodnika, niemniej bez wątpienia jest to ciekawy i godny polecenia sposób na zwiedzenie tak dużego, jak Cusco miasta. Dobrze zorganizowany walking tour pozwala lepiej zrozumieć historię danego miejsca i jego poszczególnych atrakcji i uniknąć radosnego snucia się od jednego do drugiego anonimowego kościoła. Dlatego zawsze jeśli mamy możliwość, zaczynamy nasz pobyt w dużym mieście od takiej wycieczki, a potem pogłębiamy uzyskane informacje na własną rękę. Albo nie.

W Cusco niestety nie mieliśmy szczęścia i doświadczyliśmy najgorszego w naszej podróży FWT. Wybraliśmy polecane i dobrze oceniane na Trip Advisorze Free Tours by Foot Cusco. Naszym przewodnikiem był Elvis, ale z pewnością nie można określić go mianem króla turystycznego światka. Mówił słabo po angielsku, a w dodatku, mimo że miał mikrofon, przez cały, niemal trzygodzinny spacer, krzyczał w naszym kierunku, dosłownie wypluwając z siebie kolejne ciekawostki na temat Cusco i jego historii. I w sumie to był największy minus tej wycieczki – dostaliśmy zlepek nieskładających się w jakąś sensowniejszą całość fiszek dotyczących Cusco, Peru, Inków, ich historii i tradycji. Bez żadnej myśli przewodniej. Pracę Elvisa wyceniliśmy na S/. 10 (ok. 12 zł). Nie zmienia to faktu, że FWT nadal uważam za dobry sposób na poznanie miasta. Po prostu unikaj wszystkich królewsko brzmiących przewodników 😉

Elvis z Cusco

Ale Cusco, choćby nie wiadomo, jak marny był „darmowy spacer” po nim i niezależnie od bardzo odczuwalnego (szczególnie po pobycie w środkowych Andach) stężenia turystów na m2, broni się samo. Zachwyca położeniem, architekturą i wyzierającą z każdego kroku historią. Czy jego muzea i kościoły zachwycają od środka – nie wiem, bo do żadnego z nich nie wszedłem. Za wejście do większości świątyń (m.in. tych dwóch najbardziej znanych – znajdujących się na Plaza de Armas katedry i Iglesia de la Compañía) trzeba zapłacić ok. S/. 25 albo mieć tzw. Ticket Religious Circuit (CTR) – bilet upoważniający do wstępu do katedry, świątyni San Blas i Museo Arzobispal (koszt pełnego CTR to S/. 40). Za dużo widziałem już w tej podróży zbudowanych przez Hiszpanów kościołów, żeby wydawać prawie 30 złotówek na wchodzenie do nawet najbardziej imponującego z nich.

Z muzeów najmocniej zainteresowało mnie muzeum ziemniaka (!), czyli Papa Museo, ale ostatecznie, choć znaliśmy dokładny adres (Calle Cascaparo 116) i pytaliśmy kilku osób po drodze, nie udało nam się go znaleźć 🙁 W trakcie poszukiwań trafiliśmy za to na zupełnie nieturystyczne mercado, które pokazało nam nieco inne oblicze tego niebywale turystycznego miasta.

No i co? Takie to Cusco. Besos dla Was, celuvki za wszystkie pępki świata!


Praktyczne:

  • W Cusco zatrzymaliśmy się w artystycznej dzielnicy San Blas i nasze dwie noce tutaj spędziliśmy w ujutnej Casie del Arriero (ul. Kurkurpata 122; po negocjacji – S/. 50 za noc za prywatny pokój z łazienką). Z pokoju rozciągał się bardzo ładny widok na całe miasto, ale ogólnie miejsca raczej nie polecam. Ciągle mieliśmy problem z wodą – albo nie było jej zupełnie, albo była tylko zimna, co przy chłodnych nocach i porankach stanowiło istotny problem. Co więcej, w pokoju cały czas, nawet w bardzo słoneczne dni, było przeraźliwie zimno. Czasami nawet 4 koce z grubej alpaki nie pomagały.
  • Stołowaliśmy się głównie na mercado San Jose, gdzieda się zjeść śniadanie (np. kanapkę z jajkiem i avocado plus kawa/gorący napój zbożowy) za S/. 5. Można tu znaleźć też wszelkie możliwe pamiątki – od magnesów na lodówkę po swetry z mieszanki alpaki z wełną (nigdy nie wierz sprzedawcy, który mówi, że za S/. 30 sprzedaje ci wyrób ze 100-proc. alpaki! Taki wyrób kosztuje jakieś dziesięć razy tyle).
  • W trakcie naszego pobytu na placu przed kościołem xxx odbywał się food market, gdzie można było spróbować lokalnych specjałów. Jednym z nich jest pieczona świnka morska. Za kawałek takiego mięsa z dodatkami zapłaciliśmy S/. 18 (dla porównania – w naszym hostalu za danie z całej świnki i dodatki trzeba by było zapłacić S/. 50). Mnie całkiem smakowało, Żonie mniej.
  • Poniżej ulicy, na której mieszkaliśmy, znajduje się niewielka kawiarnia Pantastico, gdzie można zjeść pyszne, domowe wypieki i napić się herbaty z coki lub kawy z kapsułek.

 

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz