Ameryka moim okiem Meksyk

Było sobie Cancun

7 października 2016

Korzystając z olbrzymich połaci wolnego czasu, które otrzymałem w prezencie od zarazek przemyconych ze Starego Kontynentu, podsumuję krótko nasz krótki pobyt w Cancun. Będzie krótko.

O Cancun naczytałem się wcześniej, że przyjeżdżają tu tylko lamusy i zblazowane amerykańskie dzieciaki na springbrejki. I w ogóle, że to siedziba belzebuba i koszmar każdego, kto ma choć minimalne poczucie estetyki architektonicznej (jest coś takiego?). Miasto, którego jest młodsze od Krzysztofa Ibisza. Jeszcze 60 lat temu biegały tu dzikie meksykańskie kondory i tygrysy. I potem bum – Meksyk wymyślił sobie, że zbuduje tu taki kurort, że Acapulco się schowa, a każdy amerykański John i Maggie będą marzyć, żeby wydać tu swoje dolary. Jak pomyśleli, tak zrobili. Po kondorach i tygrysach nie ma śladu, za to hoteli przybywa szybciej niż zdążycie wypowiedzieć „igloo”.

I chociaż spędzenie tych dwóch cancuńskich nocy w hotelu w kształcie piramidy czy statku kapitana Sparrowa było niezwykle kuszące, osiedliliśmy się w zupełnie innej, mniej kapitańskiej części miasta. Powstała na potrzeby robotników, którzy te wszystkie hotele budowali. Gdy więc siedzę sobie teraz na kanapie w saloniku naszego domku, puszczam wodzę fantazji i myślę sobie, że może jakieś 30-40 lat na tej samej kanapie, po kolejnym dniu na placu budowy piramidy Hilton, odpoczywał Jorge lub Pedro… To jest jakby mistyczne doznanie.

Z ciekawostek z Wikipedii wiem jeszcze, że podobno Cancun jest jedyną miejscowością w caluśkim Meksyku, gdzie można pić wodę z kranu. Do sprawdzenia.

Ale wracając do meritum, czyli do moich oczu. Zobaczyły tego Niemiaszka, co tak długo na niego czekały, i ok, całkiem zabawny. Sklejam z nim pionę.

– (Żona) Sorry, że wczoraj tak późno się odezwaliśmy, ale cały ten nasz początek w Meksyku to było jakieś pasmo zbiegów złych okoliczności.

– (Niemiaszek) No to w takim razie tutaj jest ich ciąg dalszy – od rana nie ma prądu na całej ulicy.

Hue hue. Ale tam, PRZYGODA. To poszliśmy na słynny na całą okolicę bazar Mercado 28, gdzie wszyscy byli dla nas niezwykle uprzejmi i co i rusz ktoś do nas zagadywał, że cześć, że przyjaciele, że dla Bułgarów to zniżki, a tutaj mam takie super koszulki z napisem ze złota (azteckiego). Jako tako oparliśmy się pokusie. Daliśmy się tylko zaprosić do eleganckiej restauracji, gdzie pani niespiesznie przygotowała nam pyszne quesadille z kurczakiem.

I z takich super miejsc do zobaczenia w Cancun zostały nam tylko Plaża Delfinów (tu od razu spieszę z rozczarowaniem – mimo kilku godzin plażowania nie zobaczyłem ani jednego) i ruiny hotelu, które jak się okazało było położone zaraz obok fałszywego delfinarium. Ale to już zobaczycie na zdjęciach.

Dziś ruszamy dalej. Liniami ADO pędzimy do Tulum, gdzie od poniedziałku zaczynamy kurs hiszpańskiego. Może do tego czasu uda nam się nieco nagiąć zasady, jakie sobie dla tej PODRÓŻY wymyśliliśmy i jednak zaplanujemy, co dalej.

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz