Ameryka moim okiem Salwador

Ach to całe Suchitoto!

3 stycznia 2017

Być może porównywanie ze sobą poszczególnych krajów nie ma większego sensu, bo co kraj, to obyczaj, a te święta wyżej, które bliżej, ale ja swoje wiem, a z mojej wiedzy wynika, że w Salwadorze do tej pory wszystko było lepsze niż w Gwatemali – jedzenie, ludzie, transport, drogi, ceny… Wizyta w Suchitoto pokazała, że podobnie rzecz się ma z tzw. miastami kolonialnymi.

Suchitoto to niespełna 25-tysięczne miasteczko w stanie Cuscatlán na północy Salwadoru. Jego nazwa wywodzi się z języka nahuatl i oznacza „miejsce ptaków i kwiatów” lub „miejsce kolorowych ptaków”.

Jak tu trafiliśmy

Szybko. Do Suchitoto dojechaliśmy pierwszego dnia świąt ok. 19, po EKSPRESOWYM zawinięciu się z drugiego wolontariatu, w który podczas Podróży próbowaliśmy zagrać.

Jeśli z czegoś będę dobrze wspominał Gwatemalę, to z całą pewnością będzie to lekcja asertywności, którą odebrałem podczas feralnego wolontariatu w Utopii.

Tym razem chcieliśmy zatrzymać się na tydzień na farmie organicznej Casa Organica, znajdującej się niedaleko miasta San Andres (30 km na południe od Santa Any). Miała być permakultura, lekcje jogi, możliwość praktykowania hiszpańskiego i towarzystwo innych ludzi, z którymi być może moglibyśmy dobrze bawić się podczas sylwestra. Na miejscu okazało się, że na nasz przyjazd nikt nie czeka, a na farmie znajduje się tylko jej właścicielka, która przywitała nas raczej chłodno. Okres świąteczno-noworoczny chciała spędzić samotnie, ale skoro już tu jesteśmy, to spoko i jakaś praca dla nas się znajdzie i roztoczyła przed nami bajeczną wizję tygodnia, w trakcie którego będziemy mogli podlewać jej zaniedbany ogródek i wycierać stoliki w kuchni. O jodze, permakulturze czy hiszpańskim nie było słowa. Jeśli chodzi o jedzenie – to spoko, możemy gotować co nam się podoba, tylko żebyśmy jej mówili, co ma kupić, bo ona to w sumie je tylko ziemniaki. A teoretycznie 12 dolców, które mieliśmy za ten deal płacić miały iść właśnie na żarcie. No więc sami widzicie – bajka.

Casa Organica

Basen w Casa Organica

Była 16. Myśl, że mielibyśmy tu zostać choćby jedną noc wywoływała ciarki na mózgu i przywoływała utopijne wspomnienia. Po półgodzinnym spacerze i szybkiej analizie sytuacji, podjęliśmy decyzję: nie ma opcji – choćbyśmy mieli spędzić tę noc pod mostem, wyjeżdżamy. Szybko podziękowaliśmy właścicielce za możliwość wolontariatu na jej „farmie” (nie roniła łez z tego powodu), spakowaliśmy plecaki i wyszliśmy na drogę. Złapaliśmy stopa do miejscowości Agua Caliente, skąd odjeżdżały autobusy do San Salvadoru. Po godzinie jazdy minibusem byliśmy już w stolicy Salwadoru – na dworcu zachodnim (Terminal de Poniente). Ponieważ mieliśmy dobry czas, uznaliśmy, że warto zaryzykować i spróbować jeszcze tego samego dnia dostać się do Suchitoto. Taksówką dojechaliśmy więc do dworca wschodniego (Terminal de Oriente), skąd udało nam się złapać ostatni chyba tego dnia autobus do Suchi (1$, ok. 1 ha 45 min. jazdy). Tak mniej więcej wygląda historia najkrótszego wolontariatu w moim życiu i początek przygody w Suchitoto.

Co tu robiliśmy

  1. Rozkoszowaliśmy się piękną pogodą i spokojnym rytmem miasta, siedząc na ławeczkach w Parque Central
    Suchitoto nie jest wybitnie turystyczną miejscowością. W przeciwieństwie do Antiguy nie znajdziemy tutaj zbyt wielu kawiarni, lodziarni czy pubów w europejskim stylu. Mnie to jednak bardzo odpowiadało. Praktycznie każdego wieczoru wychodziliśmy do położonego centralnie placu, kupowaliśmy piwko lub jakiś miejscowy rarytas i siadaliśmy w pobliżu fontanny, by, podobnie jak wielu mieszkańców Suchitoto, gadać i obserwować życie miasta – soczyste, tłuste i pełne zwyczajnych niecodzienności.
  2. W poszukiwaniu jedzenia schodziliśmy Suchitoto wzdłuż i wszerz
    Wciąż nie nauczyłem się tutaj być głodny wtedy, kiedy powinienem. A znalezienie w Ameryce Centralnej otwartego comedora (czegoś w rodzaju stołówki) między godziną 13 a 17 często graniczy z cudem. Czasem problemem było nawet trafienie na otwartą pupuserię, choć pupusasy smaży się tutaj praktycznie na każdym rogu. Inna sprawa, że milionowe ciastko nie smakuje już tak samo jak pierwsze i po 3 tygodniach diety pupusowej miałem ich już lekko dość. Znalezienie alternatywy nie było prostym zadaniem i często kończyło się na jakiejś wariacji na temat smażonego kurczaka z ryżem. Niemniej kuchnia Salwadoru to temat na tyle ciekawy, że na pewno w kolejnym poście skrobnę o niej coś więcej.
  3. Z bliska i daleka podziwialiśmy jezioro Suchitlan
    Chyba nawet ładniej wypada z daleka. Ostatniego dnia naszego pobytu w Suchitoto przenieśliśmy się z hostelu Blanca Luna (10$ za prywatny pokój), gdzie notorycznie mieliśmy problem z wodą cieknącą z kibla/prysznica/umywalki, do hostelu Vista al Lago (20$ za prywatny pokój), co oznacza dosłownie „widok na jezioro”. I widok faktycznie był:

    Jezioro Suchitlan

    Jezioro Suchitlan

    Suchitlan to sztuczne jezioro, które powstało w 1976 r. przy okazji budowy elektrowni wodnej Cerrón Grande na rzece Lempa. Nie wiem dokładnie, jak ten proces wyglądał, ale wyszło całkiem zgrabnie.

    Żeby dostać się bliżej, trzeba albo przejść dwa kilometry, jakie dzielą jezioro i port San Juan od Suchitoto, albo zapłacić 0,30$ i podjechać sobie autobusem (odjeżdżają co kilkanaście minut z centrum Suchitoto). Na miejscu trzeba zapłacić 2$ za bilet wstępu do strefy restauracyjno-wypoczynkowej. Nie ma specjalnie możliwości, żeby położyć się gdzieś na trawie i rozkoszować się pięknymi widokami, nabrzeże zawłaszczone jest przez właścicieli restauracji i przewoźników oferujących wycieczki po jeziorze. Z bliska dokładniej też widać, że Suchitlan nie należy do najczystszych zbiorników na ziemi. Niemniej, przyjemnie było posiedzieć na ławce i chłonąć bijący z niego spokój.

  4. Szukaliśmy zaginionego hamakowego miasta
    Jest takie miasto w Salwadorze, co się zwie Concepción Quezaltepeque. Być może nie jest to jakieś absolutnie salwadorskie must see, ale w każdym przewodniku można znaleźć informację, że jak się jest w okolicy, warto je odwiedzić, bo właśnie tu 80% społeczeństwa jest związane z produkcją hamaków. Hamaków, które w większości idą na eksport. Jak masz w domu hamak z Ameryki Środkowej, to bardzo możliwe, że przynajmniej częściowo tkały go ręce mieszkańca Concepcion. Skoro tak, to jedziemy. Choć na mapie Concepcion leży całkiem blisko Suchitoto, żeby się tam dostać trzeba się trochę nagimnastykować. Podróż zajęła nam ponad 2 godziny i wiązała się z trzema przesiadkami. Wysiadamy wreszcie w centrum Concepcion i szok – zero hamaków! Idziemy na zocalo – nic. Żona w końcu zaczepia kogoś na ulicy i pyta, gdzie te hamaki się pochowały. Pani daje nam cynk, że podobno trzy ulice dalej ktoś coś będzie miał, ale niczego nie obiecuje. Jest samo południe, z nieba leje się żar niemiłosierny, ale nie poddajemy się i wspinamy się do rzeczonej hamakierni. Spotykamy kobietę, na oko jakieś 60 lat. Okazuje się, że owszem, przez wiele lat siedziała w hamakach, ale rzuciła ten niepewny fach i zajęła się sprzedażą mięsa. „Ludzie zawsze będą jeść mięso, to bezpieczniejsze zajęcie” – wyjaśnia rzeczowo. Widząc załamanie malujące się na naszych twarzach, nachyla się i konspiracyjnym szeptem zdradza, ze dziś duża partia hamaków będzie pleciona w dzielnicy Flores, po czym znika z prędkością, o którą nie posądzałbym starszej pani. Bez zbędnych kalkulacji ruszamy na wschód, do Flores – tam muszą być jakieś hamaki! I faktycznie, po kilkunastu minutach znajdujemy dziuplę. Trzech młodych amigo miesza właśnie różnokolorowe sznurki w hacjendzie na rogu. „Podobno są tu jakieś hamaki?” zagaduję i staram się wyglądać w miarę pewnie. „Kto pyta?” – odpowiada pytaniem najstarszy z nich. „Jesteśmy z Polski, Jan Paweł II, Robert Lewandowski, nie jesteśmy gringos” – wyjaśniam. W tym momencie do hali wkracza ich szef. „Polonia? Znam, nasz towar wysyłamy przede wszystkim do Niemiec, a to przecież tuż obok. Wejdźcie, możecie zrobić kilka zdjęć, a ja opowiem, jak odróżnić dobry hamak od tanich podróbek”. Uff, mission complete. Vive le hamaki i wioska, w której wszyscy są zaangażowani w ich produkcję!

Jak stąd wyjechaliśmy?

Trochę na podobnej zasadzie, co przyjechaliśmy. Na dwa dni przed sylwestrem miałem za sobą lekturę dwóch przewodników i kilku blogów na temat Hondurasu i Copan, który miał być naszym następnym przystankiem. Wiedziałem, jak tam dojechać publicznym transportem, miałem adres hostelu, gdzie chcieliśmy spędzić pierwszą noc po przyjeździe i mentalnie biegałem już po pastwiskach z honduraskimi kowbojami. Brakowało tylko jednego – ekscytacji i motyli w brzuchu na myśl o wizycie w Copan, kolejnym kolonialnym mieście na naszej trasie, ale też o Hondurasie jako takim. Z samego chcenia od razu pojechałbym do Nikaragui, która od początku pociągała mnie o wiele bardziej. I nagle nas, bo jak się okazało Żona miała podobnie, olśniło – przecież nie o tej w tym całym podróżowaniu chodzi, żeby „zaliczać” każdy kraj. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że chyba bardziej niż szczera chęć odwiedzenia Hondurasu kieruje nami ambicja i że głupio tam nie pojechać, skoro jesteśmy już blisko, no i potem nie będzie można zdrapać tego kawałka na podróżniczej mapie-zdrapce. W starciu chcenia i ambicji wygrało to pierwsze zwierzę.

W ten oto sposób 31 grudnia zamiast do chicken busa do granicy z Hondurasem wsiedliśmy w mikrobusa, który zawiózł nas do miasta La Union, skąd statkiem przeprawiliśmy się do Nikaragui, po drodze oglądając rajskie krajobrazy zatoki Golfo de Fonseca. Niech żyje życie!

Golfo de fonseca

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz