Ameryka moim okiem Kolumbia

9 dni samotności. Część 3: spokój Palomino

19 marca 2017

Jak po każdej burzy prędzej czy później przychodzi słońce, a po każdym powtórnym wezwaniu do zapłaty – komornik, tak po każdym karnawale następuje czas wyciszenia i sypania głowy popiołem. Chociaż jest niedziela, więc zabawa w Barranquilli wciąż trwa, wolę nie kusić losu i nie zostawać kolejnego dnia w pobliżu miejsca, gdzie niedawno prawie straciłem aparat i śledzionę. Adios karnawale przedziki! Czas przemyśleć, co było a nie jest.

Ukochany mnie hostel w Puerto Colombia opuszczam z żalem i rumem szumiącym w głowie. Ruszam w kierunku Santa Marty bez specjalnego planu, jak zagospodarować pozostałe do reunii z Żoną pięć dni. Karaibskie wybrzeże Kolumbii jest naszpikowane atrakcjami i miejscami wartymi zobaczenia równie gęsto, co Targówek ukraińskimi kebabami. Wiem tylko, że nie chcę zostawać w Santa Marcie dłużej niż jedną noc. Po przygodzie w Barranquilli wolę omijać duże miasta.

W trakcie dwugodzinnej podróży mikrobusem ciągle wracam myślami do tej sytuacji. Wczorajsze harce na ulicznej imprezie pozwoliły wyłączyć myślenie i rozkładanie spotkania z nożownikiem na czynniki pierwsze, ale teraz, gdy jestem sam, rusza gonitwa myśli. Co by było gdyby? Trzeba było oddać aparat bez szemrania? Czemu od razu nie wsiadłem w busa do Santa Marty? Łazisz sam po kolumbijskich opłotkach, to co się dziwisz! Czyli co, moja wina? Kurwa, a może faktycznie wszystko to kuszenie losu i czas już wracać? No i przede wszystkim: mówić Żonie? W ogóle mówić/pisać o tym? Mam problem z oceną tego wszystkiego. Z jednej strony czuję ulgę i satysfakcję, że nie dałem się obrobić drugi raz w ciągu miesiąca, z drugiej ciągle słyszę w głowie głosy, że zachowałem się skrajnie nieodpowiedzialnie, że to tylko rzeczy, że w takich sytuacjach nie powinno się stawiać napastnikowi… I tak dalej, i tak dalej. Do umęczenia. Gonitwy myśli są gorsze niż najgorszy kac. Ech, JEBAĆ TO. Nic już nie poradzę. Na lepszy wniosek mnie teraz nie stać.

Santa Marta

W końcu jednak dojeżdżam do Santa Marty. Loguję się do hostelu i zbieram dokładne informacje, gdzie można chodzić, które dzielnice/ulice są bezpieczne itd. Ale i tak wychodzę z hostelu Dona Cumbia tylko na godzinę – żeby coś zjeść i popstrykać kilka zdjęć na odpierdol. To jednak umiarkowana przyjemność ze spaceru, gdy ciągle oglądasz się za siebie i masz wrażenie, że każdy mijany przechodzień to potencjalny zbir. A takie są dziś moje paranoje.

Są tacy, dla których Santa Marta to jedno z najpiękniejszych miast Kolumbii. Ja po tej krótkiej wizycie z pewnością do klubu jej miłośników się nie zapiszę. Kolonialna architektura, miejskie plaże, klimatyczne knajpki, świetna pogoda – wszystko niby się zgadza, ale też już było – w Meksyku, Salwadorze czy Nikaragui. Taki urok długiego podróżowania. Gdyby Kolumbia była moim pierwszym przystankiem, Santa Marta z pewnością zrobiłaby na mnie większe wrażenie, a tak to o, kolejne miasto z ładnymi uliczkami (które zresztą szybko przechodzą w te standardowe i niespecjalnie urokliwe). I pewnie zapomniałbym o niej równie szybko, co o dzisiejszym śniadaniu, gdyby nie pomnik Carlosa Valderreamy – kultowego kolumbijskiego piłkarza z lat ’90, którego znakiem rozpoznawczym były kręcone złote loki (urodził się właśnie w Santa Marcie). Taki loco ananas. Piona El Pibe!

Minca

Chcąc odwiedzić inne atrakcje kolumbijskiego karaibskiego wybrzeża, nie sposób jednak Santa Martę ominąć. Stąd można złapać autobus do słynnego Parku Tayrona, absolutnego must see Kolumbii, Palomino czy Tagangi, gdzie tłumy turystów zjeżdżają, by delektować się rajskimi plażami i ciepłą wodą Morza Karaibskiego, a także oddalonej o 15 km na południe miejscowości Minca, którą warto odwiedzić ze względu na atrakcje górskie – wodospady, ciekawe trasy trekkingowe i niesamowite krajobrazy. I właśnie tę ostatnią miejscowość ostatecznie zdecydowałem się odwiedzić.

Minca nie jest może pomnikowym przykładem zmian, jakie zaszły w ostatnich latach w Kolumbii (tak jak chociażby Medellin), niemniej faktem jest, że jeszcze 15 lat temu nie sposób było się tu dostać. Wioska była zupełnie niedostępna dla turystów ze względu na buszującą w okolicznych lasach partyzantkę. Dziś roi się tu od zagranicznych gości, hosteli, hipsterskich restauracji i agencji, które za kilka tysięcy cop z chęcią zaplanują ci dzień.

Po burzliwym okresie w Kartagenie i Barranquilli, morzu ludzi i emocji, wracam do trybu wilczego. Zrządzeniem losu nawet mój hostel w Mince nazywa się „Dom Wilka” („Casa Lobo”). Mam tu tylko jeden dzień (ostatnie trzy pozostałe do powrotu do Medellin chcę spędzić w Parku Tayrona) i postanawiam go wypełnić minispacerem w górę i w dół górki co się zwie Los Pinos. Trzy godziny w jedną, trzy godziny w drugą stronę. Hyc hyc i:

Zachęcony blogowymi opiniami innych podróżników zdecydowałem się wpaść po drodze do Casa Elemento – położonego wysoko w górach hostelu, który szczyci się „największym na świecie hamakiem” i świetną kuchnią. Położenie niesamowite, restauracja faktycznie serwuje delicje, ale z drugiej strony, za samo wejście na swoje podwórko kasują 10 000 COP (ok. 14 zł). Widoki zapierają dech w piersi, ale rzeczone podwórko roi się od innych backpackerów, co nieco utrudnia radowanie się naturą. No i mało wilczo. Ale z drugiej strony – w tym przypadku ważniejsza niż cel była droga. A w Casie zjadłem pysznego kuraka i przez chwilę rozkoszowałem się takimi widokami:

10 minut pod Parkiem Tayrona i Palomino

Następnego dnia skoro świt wracam do Santa Marty z zamiarem szybkiego złapania transportu do Parku Tayrona. Na blogach radzą, żeby przed tą wycieczką zaopatrzyć się w konserwy i hektolitry wody, bo na miejscu dziko i nie ma ni Lidla, ni Biedronki. A więc się zaopatruję. Galon wody, kilo jabłek, tuńczyk w kukurydzy, suchary, parówki i inne rarytasy. Z własnym alkiem podobno i tak nie wpuszczają, a poza tym POPIELEC, więc chociaż o tyle lżej.
I cały taki przygotowany zajeżdżam pod wrota Tayrona. A tam:

Kolejka dłuższa niż do Bliklego we tłuste czwartki. Dwie godziny, żeby kupić sam bilet, a potem jeszcze dwie godziny spaceru przez dżunglę do plaży, bo Tayron taki dziki, że no nic tam nie jeździ. Być może, BYĆ MOŻE kolejka taka, bo park od końca grudnia do dziś był zamknięty. No i tak stoję w deszczu, bo akurat padać zaczęło, przygotowany tak, że kilo jabłek to owszem, ale już płaszcz przeciwdeszczowy czy śpiwór nie bardzo, i myślę, czy mnie z tym Tayronem po drodze. I kurka chyba nie. Ledwie tam dojdę, a już mnie wracać. Bądź pozdrowiony Tayronie! Hyc do autobusu jadącego dalej na wschód i szybkie spojrzenie na mapę, gdzie by tu wysiąść. Ciekawych miejsc po drodze od metra, ale chyba najbezpieczniejsze wydaje się Palomino. Z pewnością do granic turystyczne, ale też z gwarancją pogody, karaibskich krajobrazów i rozwiniętej bazy hostelowej.

I tak oto dotarłem do ostatniego przystanku wilczego szlaku. Palomino faktycznie było opanowane przez turystów, głównie z Niemiec i Francji, niemniej nie miałem najmniejszego problemu ze znalezieniem skrawka plaży, gdzie przez kilka godzin spotkałem może łącznie 10 osób.

9 dni, a mam poczucie, że minął miesiąc. Wielka improwizacja. Wylatując z Medellin, nie miałem ani biletu powrotnego, ani planu, co dokładnie chcę robić i jak ta rozłąka ma wyglądać. Życie znowu pokazało, że najlepszym planem jest planu brak. Myślę, że te wszystkie przygody, ludzie i smutki po drodze miały mnie doprowadzić właśnie tu – na rajską, bezludną plażę w Palomino, gdzie w spokoju ducha i sumienia mogłem poświęcić się temu, o co przez te 6 miesięcy podróżowania było najtrudniej: NICNIEROBIENIU.

I tak sobie leżałem przez te kilka godzin, patrzyłem na palmy, górską rzekę wpadającą do Morza Karaibskiego, błękitne niebo, i starałem się tym cieszyć calutkim sobą.

Rozłąka z Żoną spełniała swoje założenia. Po tych 9 dniach byliśmy za sobą stęsknieni tak, jakbyśmy nie widzieli się kilka tygodni. Na nowo mogliśmy docenić swoje towarzystwo i wspólne podróżowanie. Nie wiem, jak inne podróżnicze pary są w stanie wytrzymać ze sobą kilka miesięcy bez takich higienicznych przerw. A może są na takie zmęczenie sobą inne sposoby. My wymyśliliśmy taki i mimo wszystkich smutków i nożowników po drodze uważam, że było warto.

Besos dla Was ludki palmowe, celuvki za ukochaną Żonkę, której, chociaż zrzęda i wiercipięta, nie zamieniłbym na żadne skarby kartageńskie!

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz