Ameryka moim okiem Kolumbia

9 dni samotności. Część 1: o zagubieniu i pięknie Kartageny

5 marca 2017

Projekt krótkich wakacji od siebie chodził za nami już gdzieś od Salwadoru. Kochamy się, rozumiemy w zasadzie bez słów, mamy podobne poglądy i zbieżne priorytety, ale kilka miesięcy przebywania ze sobą 24 godziny na dobę, wspólnego decydowania o każdej, najdrobniejszej nawet rzeczy, dostosowywania się i wzajemnego wspierania w kryzysach, to naprawdę dużo. Szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę, że przed tą eskapadą nasza najdłuższa wspólna podróż trwała… tydzień. Rzuciliśmy się na głęboką wodę. I choć miałem przed tym skokiem wiele obaw, czy nasz związek dobrze go zniesie, myślę, że po niemal 5 miesiącach podróżowania można powiedzieć, że radzimy sobie naprawdę nieźle. Ale i tak – uznaliśmy, że krótka przerwa od siebie dobrze nam zrobi.

W Kolumbii nadarzyły się do tego idealne warunki. W Medellin, dzięki Airbnb, poznaliśmu Mauricio i Marię, przemiłą parę, z którą szybko się zakumplowaliśmy. Żona z miejsca zakochała się zarówno w ich mieszkaniu, jak i samym mieście. Ona czuła się tu dobrze, ja czułem, że mogę ją zostawiać bez obaw i stresu, że zostaje bez opieki.

Ona szukała odpoczynku i rutyny, ja potrzebowałem czasu dla siebie, żeby różne rzeczy sobie przemyśleć, a przy okazji sprawdzić, jak radzę sobie bez niej – zazwyczaj zarządzającej mapą, pytającą o drogę, wyszukującą kolejne miejsca do odwiedzenia. Potrzebowałem znowu, choć przez kilka dnia, sam sobie być sterem, żeglarzem i okrętem. Znowu być samotnym WILKIEM. Wewnętrzny kompas wskazał na północ i karaibskie wybrzeże Kolumbii, gdzie czaruje piękna Kartagena i dzika, karnawałowa Barranquilla.

Kartagena to tylko trochę ściema

Pierwsze chwile samotności w upalnej i do granic możliwości przepełnionej turystami Kartagenie to z jednej strony haj i fantastyczne uczucie wolności i możliwości stuprocentowego decydowania o tym, co robić, gdzie pójść, co zjeść. Bez marudzenia, że za późno, że za tłusto, że bez warzyw. Bez zastanawiania się, czy ona naprawdę myśli to, co mówi, czy tylko tak mówi, bo myśli o mnie, żeby mi to nie przeszkadzało. Czy wybrałaby ten hostel, gdyby była sama, czy ja szedłbym teraz na miasto, gdyby jej nie było – itp., itd. Puff, wszystkie te myśli znikają. Znowu jestem w bez-myśleniu, rzeczy dzieją się bez trudu i wielkiej rozkminy.

Z drugiej strony nie bardzo wiem, co z tą niespodziewanie otrzymaną wolnością zrobić. Czuję się trochę jak bez ręki. Ok, zalogowałem się w hostelu, zjadłem arepę, wypiłem browara i… co dalej? Niby całe miasto czeka, ale co, mam tak sam łazić? Zagadać do kogoś z hostelu? Z moim angielskim? Zjebany był ten pomysł rozłąki. Bez sensu, łyso i głupio. To dominujące uczucie tego pierwszego dnia słomianego wdowstwa na wychodźstwie.

Kolejnego skupiam się na zadaniu (napierdolić tyle fotek, ile fabryka kart pamięci pojemności dała) i od rana do późnego wieczora przemierzam bezkresnie piękne uliczki kolonialnej Kartageny. Może i jest do bólu sztuczne i turystyczne to miasto, ale chuj z tym – nie sposób nie zachwycić się jego wspaniałą architekturą. Kolorowe mury, wyrastające nad ulicami drewniane balkony, ciekawy street art, niezliczone parki, gdzie można przez chwilę odsapnąć od niemiłosiernie prażącego słońca. Me gusta! Ale wieczorem znowu jakoś dziko. Prawie udaje mi się spotkać z Heidi, znajomą z kursu hiszpańskiego w Meksyku, inni ludzie jakoś tę dzikość i brak ręki by zniwelowali, ale wiadomo, że prawie to piekło jest wybrukowane. Więc się szwendam sam po backpackerskiej dzielnicy Getsemani, jem lokalną odmianę hot-doga, zwaną perra (dosłownie: „suka”), browar i spać.

Trzeci dzień po kontrolowanym rozstaniu to minirezurekcja. Więcej interakcji społecznych, plażowanie, żarcie z dala od turystycznego centrum, kolejne zakupy, którymi mogę się cieszyć, dzięki przygodzie w HUIGALPIE (ech, choćbym nie wiem, jak chciał, nie sposób jest o tym zjebanym zdarzeniu zapomnieć). O te interakcje to w zasadzie nie jest jakoś specjalnie trudno. Ludzie w Kartagenie są niesamowicie uprzejmi i towarzyscy. Panowie co i raz oferują mi marihuanę albo kokę, a panie – swoje towarzystwo właśnie. Wszystko bardzo dobrej jakości.

Wracam do hostelu, gdzie jeszcze rano stado backpackerów ze Stanów i Niemiec wypoczywało po kilkudniowym melanżu. Pusto. Większość osób wyjechała na rozpoczynający się dziś karnawał w Barranquilli. Też bym wyjechał, ale teoretycznie na wieczór byłem umówiony z Heidi i jej znajomymi. Sprawdzam fejsa. Nope, czyli oficjalnie mogę poczuć się osrany. Zagaduję (ja!) do typa zajmującego kojo koło mojego, czemu on jeszcze nie wyjechał. I tak poznaję Simona z Kanady. Mówi, że wybiera się na plażę z innym typem z naszego hostelu i jeśli chcę mogę do nich dołączyć. Ludzie, w końcu ludzie! Wiadomo. Choć byłem na tej umiarkowanie ciekawej plaży kilka godzin wcześniej, ochoczo przyłączam się do Simona i Alvaro.

Dwa ananasy. Kanadyjczyk, z twarzy podobny do najlepszego kumpla Trumana z „Truman Show”, okazuje się 33-letnim cieślą z Vancouver, wyznawcą religii (mormonizm?), która zabrania mu współżycia do momentu ślubu. Że w przeciwieństwie do katolików traktują to na serio, jest 33-letnim prawiczkiem. I chyba dlatego zdecydował się sprzedać wszystko w Kanadzie, przenieść na stałe do Kartageny i znaleźć sobie tu żonę. Najlepiej czarną, bo najwyraźniej w takich gustuje. Co chwila zwraca naszą uwagę na jakąś fajną dupę albo cycki. Albo na fajną furę. Samochody, pojemność silników, osiągi itd. to jego drugi ulubiony temat. Kto mnie zna, ten może się domyślać, jak wybornie się w tej konwersacji czułem.

Drugi kompan, Kolumbijczyk Alvaro, w przeciwieństwie do Kanadyjczyka, jak dziwak wygląda na pierwszy rzut oka.  Czapka z folii aluminiowej, końskie uzębienie i angielski na zasadzie „madzier-fadzier”. Ale nie oceniaj książki po okładce, chłopcze. Alvaro okazuje się bardzo spoko gościem, nauczycielem akademickim, którego ojciec uczył samego Gabriela Garcię Márqueza. Daje mi mnóstwo rad na dalszą część podróży. Ogólnie, jedna z ciekawszych i sympatyczniejszych osób, jakie poznałem podczas tej wyprawy.

I tak dzień się skończył i Kartagena się skończyła. Następnego dnia czekało na mnie trudniejsze wyzwanie – karnawał w Barranquilli, druga największa tego typu impreza na świecie (po harcach w Rio). 

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz