Ameryka moim okiem Boliwia

5 powodów, dla których nie polubiłem Boliwii

4 czerwca 2017

Nowy kraj, nowy obyczaj. Po kilku upojnych tygodniach w Peru przenieśliśmy się do sąsiedniej Boliwii. Choć ta leży znacznie bliżej nieba, nasze dwanaście dni tutaj było usłane znojem i ludźmi z piekła rodem. Dlatego w moim prywatnym rankingu miejsc odwiedzonych w trakcie tej podróży lokuję Boliwię na samym dnie. Oto dlaczego.

1. Bo o włos od kolejnego dramatu

Zacznę od końca, a jednocześnie od argumentu największego kalibru. Było tak: kończymy fantastyczną przygodę na Salar de Uyuni (o której przy innej okazji). Zmarznięci, niewsypani, nieziemsko zmęczeni, ale nie na tyle, żeby choć przez chwilę brać pod uwagę zostawanie na noc w upiornym Uyuni. To miasto-dowód na to, że są miejsca na ziemi, gdzie człowiek nie powinien mieszkać. Jesteś tu i czujesz, że coś tu nie gra, że te wszystkie ulice, sklepy i domy są zupełnie nie na miejscu, przyklejone tu na siłę, bez pytania Matki Natury o zgodę. Nic dziwnego, że sporo turystów zmierzających na pustynię, stara się jak ognia uniknąć nocowania tutaj (co jest w jakimś sensie paradoksalne, bo w czasie, gdy tu byliśmy – maj 2017 – temperatura oscylowała wokół zera, więc było KUREWSKO ZIMNO) i woli jechać na wycieczkę bezpośrednio po całonocnej podróży autobusem.

Robimy tak i my, tyle że w drugą stronę, i po kolacji wsiadamy do nocnego do La Paz. Przed nami 12 godzin krętej i wyboistej drogi. Szybko okazuje się, że nasz autokar jej nie ułatwi – w środku czuje się każdą nierówność drogi. Trudno więc mówić o spaniu, raczej o krótkich, kilkunastominutowych drzemkach. Przy każdym przebudzeniu sprawdzam plecak pod siedzeniem, w którym trzymamy lapa i aparat. Kolejna pobudka, gdzieś o 3:30. Sięgam do plecaka i KURWA MAĆ! Sprzętów nie ma! Jajebie, jebie, jebie! Budzę Żonę. Totalna panika, co robić, co robić. Szybko postanawiamy, że trzeba iść do kierowcy i powiedzieć mu, że nie ma prawa wypuścić nikogo z autobusu bez uprzedniego przeszukania jego bagażu. Żona już zmierza w jego kierunku, ale naszą uwagę zwraca dziwnie zachowujący się dziadek z siedzenia obok mojego. Pyta, czy idziemy do łazienki i o inne, nieco abstrakcyjne w kontekście naszej ewidentnej paniki, rzeczy. Coś tu śmierdzi. Żona prosi mężczyznę, żeby pokazał swoją torbę. Ten w ogóle nie protestuje, jest bardziej przestraszony niż butny. I nie zgadniecie, co było w środku! Zapakowane w reklamówkę nasz aparat i laptop! Nawet ładowarkę do tego drugiego zwinął jebany! Brak słów. Uczucie szczęścia miesza się z wkurwem i ulgą. Mam ochotę napluć mu w twarz, szczególnie, gdy idzie w zaparte i twierdzi, że to ktoś mu te fanty podrzucił do torby. Dziadzie boliwijski! Obudziłbym się 20 minut później i sprzętów by nie było. Co zrobić, przecież nie będziemy o 4 rano bawić się w policję w tym pizdowatym mieście. Karma prędzej czy później cię dojebie dziadu!

2. Bo naciągacze na każdym kroku

W sumie już to jedno zdarzenie wystarczyłoby, żeby Boliwii „zbyt dobrze” nie wspominać. Ale gdyby to była tylko ta jednorazowa sytuacja – ok, frajerów nigdzie nie brakuje, jedna jaskółka złej wiosny nie czyni. Ale nie. Cały nasz pobyt był usłany zbrodniami mniejszego kalibru, takimi w białych rękawiczkach.

Jeśli przekraczasz granicę peruwiańsko-boliwijską z przesiadką w Copacabanie, przed wjazdem do tej miejscowości musisz zapłacić 2 boliwiany za wjazd do miasta (czy – zgodnie z informacją na bilecie, który w zamian dostajesz – za wjazd do jakiegoś sanktuarium). Bzdura. Ale co im zrobisz? Się nie podoba, droga do Peru wolna.

Nie lepiej jest przy opuszczaniu kraju. Wyimaginowana „opłata wyjazdowa” wynosi od 15 do 20 BOB-ów. Nie znam zasady. My, przekraczając granicę z Peru w Desaguadero, płacić nie musieliśmy, nasi znajomi, kontynuujący swą podróż po Uyuni w Chile – już tak (15 BOB).

Inny przykład. Do Boliwii przyjechaliśmy z firmą Titicaca. Kierowca tuż przed przejściem granicznym zatrzymał się przy kantorze i powiedział, że tu możemy wymienić sole na boliwiany. Żona zapytała, czy to jedyne miejsce przed Boliwią, gdzie można to zrobić. „Nie wiem, przymusu nie ma, ja tylko informuję”. Co zrobić, na wszelki wypadek wymieniliśmy kilka soli. Oczywiście przy samym przejściu roiło się od minikantorów ze znacznie lepszym kursem. Idę o zakład, że kierowca ma prowizję z dowożenia tu turystów.

I ostatnia sprawa – nasze pożegnanie z Boliwią było takie, jakby ten kraj nie chciał pozostawić nam wątpliwości, co mamy o nim myśleć. Po przygodzie w autobusie do La Paz uznaliśmy, że lepiej nie kusić losu w tej nieprzyjaznej Boliwii i kupiliśmy bilet na bezpośredni, luksusowy autobus za 200 BOB-ów, który miał nas zawieźć prawie bezpośrednio z La Paz do Arequipy (prawie, bo do granicy w Desaguadero mieliśmy dojechać minibusem i stamtąd już prosto do Peru). Zgadzał się tylko ten minibus. Na granicy pani „asystentka” przeprowadziła nas przez granicę, kupiła bilety na autobus (zupełnie innej firmy) za S/. 25 i zostawiła na dworcu. Wszystko to moglibyśmy zrobić sami. Autobus z luksusem wiele wspólnego nie miał i nie jechał do Arequipy bezpośrednio, tylko zatrzymywał się w prawie każdym większym miasteczku. Kierowca autobusu, który nas wiózł od granicy powiedział, że takie boliwijskie sztuczki to standard.

Z firmą, która zrobiła nas w jajo (Vicuña Travel) jesteśmy w stałym kontakcie mailowym (zostawiliśmy też odpowiedni komentarz na ich Fb fan page’u). O dziwo, podziałały na nich nasze obietnice poinformowania o całym zdarzeniu boliwijskiego ministerstwa turystyki i jest wielce prawdopodobne, że zwrócą nam choć część wyłudzonych pieniędzy (w swoich odpowiedziach na nasze maile używają dużo „PLEASEEE” i „SORRYYY”). To byłaby już druga, po Aviance, południowoamerykańska firma przewoźnicza, z którą udało nam się wygrać proces internetowy 🙂

Oczywiście nie chodzi tu o te kilka czy kilkanaście boliwianów, na które nas oszukiwano, a o zasadę, o to, że w traktują cię tu jak chodzący portfel – płać i wypierdalaj. Ughrrr.

3. Bo nieludzcy ludzie

Tu będzie jeszcze więcej generalizowania niż przy dwóch poprzednich punktach, niemniej Boliwijczycy (szczególnie ci z La Paz) zasadniczo byli dla nas umiarkowanie uprzejmi, umiarkowanie pomocni i umiarkowanie uśmiechnięci. Zamykali nam drzwi autobusu przed nosem, byli średnio chętni do wskazywania dobrego kierunku i w ogóle, miało się wrażenie, że woleliby gdyby cię w ich kraju nie było. Negatywne wrażenie było szczególnie silne po kilku tygodniach w Peru, gdzie praktycznie nie spotkaliśmy się z chamstwem ze strony lokalsów. W Boliwii nad podejściem do turystów zdecydowanie muszą EDIT: mogliby 😉 jeszcze popracować.

4. Bo klimat

Nie tylko ten, za który odpowiedzialni są ludzie, jest tu nieprzyjazny. To wszystko, co słyszeliście o La Paz i hardkorze związanym z życiem na niemal 4 tys. m n.p.m. to prawda. To miasto mocno daje w kość. Może nasza choroba wysokościowa nie miała jakiegoś ostrego przebiegu, obyło się bez rzyganka i migreny, ale tu się naprawdę ciężko oddycha. A miasto płaskie nie jest. To ciągle wchodzenie i schodzenie. Zadyszka była więc moim stałym towarzyszem.

Ale nie wysokość była w Boliwii najgorsza. Jednym z pomniejszych powodów, dla których w tę podróż wyruszyliśmy, była chęć uniknięcia zimy w Polsce. Niemal przez całe 8 miesięcy mogliśmy się więc rozkoszować temperaturą na poziomie przynajmniej 20°. W Boliwii musiałem sobie kupić rękawiczki i żałowałem, że do plecaka nie wrzuciłem bielizny termicznej. W Uyuni spaliśmy w hostelu, w którym było tak zimno, że nawet śpiwór, 4 warstwy ubrań (wszystko, co miałem w plecaku), 2 koce z alpaki i jedna Żona nie były w stanie zupełnie mnie zagrzać.

5. Bo jedzenie

Nie wiem, jak to jest, że Boliwia sąsiaduje z Peru, podobnie jak ono ma pierdyliard rodzajów ziemniaków, te same zboża, lamy, warzywa i owoce, a kurna, tutejsza kuchnia peruwiańskiej do pięt nie dorasta. W La Paz każdego dnia na mercado można było dostać jedynie wariacje na temat smażonego w głębokim tłuszczu kurczaka lub świni z ryżem. Na ulicy w ogóle ciężko było znaleźć panie sprawujące coś ciepłego do zjedzenia (podczas gdy w większości krajów Ameryki Łacińskiej na tym opiera się lokalny rynek gastronomiczny!). Ja to jeszcze jako tako byłem w stanie ścierpieć, bo wiadomo – żarcie jak żarcie, ważne, żeby kalorie się zgadzały. Ale dla Żony, dla której turystyka to w dużej mierze kuchnia, Boliwia to był dramat. A że w małżeństwie wszystko jest wspólne, jej dramaty były w połowie moimi dramatami.

W Nikaragui ukradli mi plecak, w Kolumbii dźgnęli nożem, w Amazonii chytra baba wzięła mój bagaż i zajebała z niego prezenty dla bliskich, ale chyba żaden kraj nie przeczołgał mnie tak bardzo jak Boliwia. Spędziłem tu ledwie 12 dni, ale wracając z Uyuni do Peru czułem się jak cały naród wybrany po 40 latach tułaczki po pustyni wkraczający do Ziemi Obiecanej.

Jeśli miałbym więc być szczery z samym sobą, to nawet nie jest tak, że ja Boliwii nie polubiłem. Ja momentami ten kraj szczerze nienawidziłem. Ale oczywiście nic, nawet Boliwia, nie jest czarno-białe. Nie wszystkie miasta były tak koszmarne jak Uyuni, nie wszędzie jedzenie było tak złe jak w La Paz, nie każdy spotykany Boliwijczyk był takim chujem jak dziad z autokaru. Ale to temat na osobną historię 🙂

Komentarze

TAG
PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz