Ameryka moim okiem Meksyk

24 godziny w Chetmualu – tu, gdzie zaczyna się Meksyk

26 października 2016

W zasadzie to było 25, prawie 26 godzin, ale pomyślałem, że 24 w tytule lepiej się sprzedadzą. Wybaczcie mnie te małe kłamstewsko. A skoro już przy prawdzie jesteśmy, to wyznam też, że od kolejnych kilkunastu godzin jestem już w MEXICO CITY i pierwsze chwile tu to jest prawdziwy kosmos, ale na delektowanie i dzielenie się z wami szaleństwem tego miasta będzie jeszcze czas, a na podzielenie się garstką refleksji na temat Chetumalu, ubogiego krewnego DF (Distrito Federal, jak określa się Mexico City) – niekoniecznie. A stolicy stanu Qutiana Roo i ostatnim chwilom na Jukatanie należy się to jak darowanemu koniu zęby.

Dostanie się do Chetumalu było bajecznie proste. Na colectivo, czyli taki meksykański minibus (w stylu tych, które dobrze znają podróżujący na trasie Warszawa – Lublin), czekałem w Bacalar nie dłużej niż 15 minut. W przeciwieństwie do ADO colectivo są mniej ujarzmione i sformalizowane. Takie dzieci kwiaty wśród meksykańskiego taboru autobusowego – rozkładu brak, a bilety można kupić tylko u kierowcy. Ten, na którego trafiłem okazał się bardzo sympatyczny i z uśmiechem na twarzy zgodził się poczekać kilka minut na Żonę, akurat zamawiającą jedzenie na podróż w pobliskiej restauracji. 30 M$ od osoby, ok. 40 minut jazdy (zakopiańskie onuce i kożuch z owcy znowu się nie przydały) i byliśmy w Chetumal.

Ach, Chetmual! Ileż ja się o Tobie nasłuchałem! Gdy tylko wspominałem moim meksykańskim znajomym, że wybieram się do tego położonego tuż przy granicy z Belize miasta, reagowali jak jeden mąż, mniej więcej tak:

Jak każdy mówi, że nie warto, to wiadomo, że WARTO jak najbardziej. Zacierałem ręce na myśl o tęgiej syfozie, która może mnie tam spotkać. I rzeczywiście, początek nie rozczarował. Na dzień dobry próbował mnie ojebać taksówkarz spod dworca, wołając sobie za przejazd dwóch kilometrów 80 M$. „Wal się leszczu, idę z buta!” – pomyślałem i powiedziałem „gracias” (ale dość agresywnie) i poszedłem nie w tę stronę, co trzeba. 12 kilo na plecach, 8 z przodu i 30 stopni w cieniu szybko kazały przeprosić się z miejscowymi usługami taksówkowymi. Kolejny meksykański Rysiu powiedział, że podrzuci mnie za rozsądne 30 M$, więc ok, w drogę! Do hostelu Rosa del Alba (niecałe 150 M$ za noc od osoby). Skoro hostel taki różowy, to już zbyt różowo nie mogło być z Rysiem – przy wydawaniu reszty coś mu się omsknęło i zapomniał o 50 M$. Dobre że to moje oko dość czujne, więc próba oszustwa spaliła na panewce. Chetumal!

Potem było już trochę jak na rollercoasterze – skoro Rosa okazała się naprawdę miłym miejscem, z czystą pościelą, TV i przesympatyczną obsługą, to krajobraz za oknem musiał wyglądać tak:
Chetumal

 

Chetumal! Poczekałem na wiatr, co rozgoni czarne chmury do następnego dnia i skoro lot do Mexico City (50 $ USD od osoby), no to jeszcze SPACER. 4 km wzdłuż zatoki chetumalskiej pokazały, że nie taki nijaki Chetmual jak go malują. Spokój, położenie nad wodą, urokliwe uliczki, ładna meksykańska architektura i sporo miejsc, gdzie można spędzić czas z rodziną i znajomymi. Wiadomo, że zupełnie inny klimat niż rajski Bacalar, ale mnie się podobało. Tym bardziej, że po 4-km spacerze czekał na mnie on:

Czyli generalnie na plus. Na lotnisko jechałem więc z poczuciem pewnego niedosytu. I chyba nawet 27 godzin w Chetumalu mogłoby nie wystarczyć. No cóż – PODRÓŻ.

Żegnaj Jukatanie, czas na prawdziwy MEKSYK. Zostańcie nakręceni!

Komentarze

TAG

24 października 2016

29 października 2016

PODOBNE WPISY

Zostaw komentarz